wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 6

Nie miałam pojęcia, jak pozwoliłam Camowi namówić się na jego prowadzenie, a nie branie dwóch aut podczas zajęć, ale w sobotni wieczór – noc naszego zadania – tuż przed zmierzchem, wsiadałam do dużej srebrnej półciężarówki. Ściskało mnie w żołądku od piątkowego wieczora, kiedy Jacob zaczął nękać mnie imprezą, na którą on i Brittany szli. Była ona łagodna i chciałam iść, ale nie mogłam się do tego zmusić. Poza tym nie miałam pojęcia gdzie jest ten dom, było późno, kiedy zaczął pisać i znowu była burza.
A teraz byłam zdenerwowana jak mysz w pokoju pełnym głodnych kotów. Jak głupio to wygląda, nigdy wcześniej nie byłam z facetem w aucie. Nawet przyznawanie to samej sobie brzmiało niezwykle żałośnie. Biorę ten mały sekrecik do mojego grobu żałośności.
Cam włożył kluczyki do stacyjki, spoglądając na mnie. Znowu miał bejsbolówkę, przekręconą do tyłu. Za gęstymi rzęsami jego oczy migotały jasnym lazurem. – Gotowa do startu?
Oplatając się przewiewnym swetrem, pokiwałam głową. Kiedy zobaczyłam go wczoraj rano na astronomii, znowu miał normalny nastrój – żartował, flirtował i proponował ciasteczka. Miałam nadzieję, że znaczyło to, iż cokolwiek stało się pomiędzy nim a Olliem się wyjaśniło. – Jesteś pewny, że nie możemy po prostu zrobić tego tutaj?
- Te miejsce będzie idealne. Nigdy nie poprowadzę cię źle, kochanie.
- Okej – mruknęłam, mocno ściskając razem ręce. Odwróciłam się do bocznego okna, patrząc jak przejeżdżamy obok kampusu i przecinamy most do Maryland.
Piętnaście minut później Cam skręcił w drogę prowadzącą do centrum Narodowego Pobojowiska Antietam. Historyczny maniak we mnie zaczął robić gwiazdy, ale byłam zbyt zdenerwowana byciem tutaj w nocy z Camem. Nie to, że wydawał się typem, który by czegoś próbował, ale jeśli cokolwiek wiedziałam to to że nie było żadnego „typu”, kiedy dochodziło to tych rzeczy. Moje nerwy wydawały się rozciągnięte i wystrzępione przy brzegach.
- Jesteś pewny, że możemy być tutaj w nocy? – zapytałam, rozglądając się.
- Nie. – Wjechał na miejsce parkingowe. Była tylko garstka aut.
Wpatrywałam się w niego. – Co?
Zaśmiał się, wyłączając silnik. – Żartuję. Musimy jedynie powiedzieć jednemu z leśniczych, że jesteśmy z uniwersytetu. Nie będą mieli z tym problemu.
Miałam taką nadzieję. Myśl bycia gonioną pobojowiskiem przez leśniczego nie była na mojej liście rzeczy do osiągnięcia przed śmiercią.
Jednakże po szybkim spojrzeniu na Cama, wyglądało na to, że to mogłoby być na jego liście.
- Gotowa?
Podnosząc torbę z podłogi, otworzyłam drzwi samochodu. – Tak, miejmy to za sobą.
Cam wyciągnął latarkę ze schowka, chichocząc. – Nie brzmisz na zbyt podekscytowaną.
Wysłałam mu szybki uśmiech. – Nie jestem.
- Nie kłam. – Okrążył maskę i dołączył do mnie, wskazując tam, gdzie cementowa wieża z różowym szczytem rosła do nieba. – Tam chcemy iść.
- Do wieży na Krwawej Alei?
Posłał mi szybkie spojrzenie. – Byłaś już tutaj.
- Nie.
- Więc skąd wiesz, że to Krwawa Aleja?
Uśmiechnęłam się lekko, podnosząc kosmyk swoich włosów, przekręcając go pomiędzy palcami. – Historia to mój kierunek studiów, więc takie miejsca mi się podobają. Czytałam już o tym. Najkrwawszy dzień całej wojny miał miejsce na tym małym odcinku zakurzonej drogi.
- Tak mówią. Poczekaj chwilkę. – Odwrócił się tam, gdzie leśniczy przechodził przez pole. – Zaraz będę.
Patrzyłam jak biegnie truchtem tam, gdzie czekał leśniczy. Wyglądało na to, że zostały wymienione słowa, a potem Cam pokazał mu swój zeszyt. Leśniczy zaśmiał się i uściskali sobie ręce. Przechylając głowę mogłam już zobaczyć maleńkie gwiazdy pojawiające się na głęboko niebieskim niebie. Zmrok nastąpi w ciągu kilku minut.
Wzięłam głęboki wdech i wolno go wypuściłam.
Cam wrócił do mojego boku. – Możemy iść. I nie jesteśmy jedyni. Jest kilku studentów po drugiej stronie wieży.
- Fajnie. – Podążyłam za nim, trzymając pomiędzy nami zdrową odległość. – Czemu tyle ludzi przychodzi tutaj, żeby to robić? Jestem pewna, że są miejsca bliższe kampusu.
- Nie takie jak te. Rozejrzyj się. – Włożył latarkę do tylnej kieszeni. – Poza domami po drugiej stronie ulicy, nie ma tu żadnych świateł miasta czy wież. Jest tylko niebo.
- I pola uprawne – zauważyłam.
Skinął głową. – Dużo pól uprawnych.
Dotarliśmy do wybrukowanej części uliczki i ruszyliśmy w stronę wieży. – Myślisz, że jak długo to zajmie? – zapytałam.
- Dlaczego? Masz dzisiaj gorącą randkę?
Parsknęłam krótkim śmiechem. – Uhm, nie. 
Jedna ciemna brew się wygięła. – Brzmisz jakby to był szalony pomysł. Jakby nikt nie wyszedłby w sobotni wieczór na randkę.
Upuszczając kosmyk włosów, którym się bawiłam, wymusiłam niedbałe wzruszenie ramion. – Z nikim się nie umawiam.
- Więc skąd ten pośpiech?
Przyznanie, że było mi naprawdę niezręcznie być tutaj byłoby żenujące i niegrzeczne, dlatego nic nie powiedziałam.
- Martwisz się, że przywiozłem cię tutaj dla moich nikczemnych planów?
Kompletnie się zatrzymałam. Węzły uformowały mi się w żołądku. – Co?
Cam stanął i odwrócił się do mnie. Jego uśmiech trochę się zmniejszył. – Hej, Avery, ja tylko żartuję. Naprawdę.
Gorąco zalało moje policzki, a węzły się rozwiązały, zastąpione mocnym uczuciem totalnego głupstwa. – Wiem. Jestem po prostu…
- Nerwowa? – podsunął.
- Taa.
Przyglądał mi się chwilę dłużej, po czym znowu zaczął iść. – Chodź. Zaraz będzie ciemno.
Idąc za nim, wyobrażałam sobie siebie biegnącą wprost w stary drewniany płot i nadziewającą się na jeden ze spiczastych końców. Boże, musiałam wziąć się w garść. Nie każdy facet był jak Blaine. Wiedziałam to. Kompletnie to rozumiałam. Nie byłam całkowicie uszkodzona przez swoją dolegliwość.
Po drugiej stronie wieży, blisko tablic, dwoje studentów z naszej klasy astronomicznej siedziało na ławce z zeszytami na kolanach. Pomachali nam, a kiedy my im odmachaliśmy, Cam poszedł trochę dalej szerokim parkingiem, po czym skręcił na trawiaste wzgórze górujące nad zakurzoną drogą Krwawej Alei.
Cam wybrał miejsce i wyciągnął latarkę, zanim usiadł. Stałam kilka kroków w tyle, słuchając cichego brzęczenia świerszczów. Ziemia wyschła z wczorajszej pogody, ale nawet jeśli byłaby mokra, nie zatrzymałoby mnie to przed siadem. Byłam po prostu zbyt podekscytowana.
- Dołącz do mnie? – Poklepując miejsce obok siebie, pochylił głowę. – Bardzo proszę? Jestem samotny będąc tutaj całkiem sam.
Zagryzając wargę usiadłam parę stóp od niego, a potem zajęłam siebie szukaniem mojego zeszytu od astronomii. Gdy go wyciągnęłam, spojrzałam na niego i nasze spojrzenia się spotkały. Nie mogłam odwrócić wzroku. Intensywne. To było pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl. Jego spojrzenie było intensywne, tak jakby widział mnie na wskroś.
Chrząkając, skupiłam uwagę na zeszycie. W końcu Cam się odezwał. – Na jaki gwiazdozbiór mamy sporządzić mapę?
Trzymał latarkę, kiedy przeglądałam swoje notatki. – Um, Coronę Borealis, jak sądzę.
- Ach, koronę północną.
Spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami. – Wiesz to z głowy?
Zaśmiał się. – Mogę nie zapisywać notatek, ale skupiam uwagę.
Byłam pewna, że przespał większość wczorajszych zajęć. Wyciągnęłam kartkę, którą zrobił dla nas profesor Drage, a potem mapę gwiazd i znalazłam na niej Coronę Borealis. – Naprawdę nie rozumiem jak ktokolwiek widzi kształty w gwiazdach.
- Poważnie? – Przysunął się i zerknął przez moje ramię. – Kształty są całkiem oczywiste.
- Nie dla mnie. To tylko masa gwiazd na niebie. Prawdopodobnie można zobaczyć cokolwiek chce się zobaczyć.
- Spójrz na Borealis. – Stuknął palcem w mapę. – To oczywiście korona.
Roześmiałam się. – To nie wygląda jak korona. Wygląda to jak nieregularne półkole.
Pokręcił głową. – Popatrz. Teraz możesz to łatwo zobaczyć. To jest korona. No dalej, zobacz siedem gwiazd.
Odchyliłam głowę, wyciągając długopis z torby. – Widzę siedem gwiazd, ale widzę również około sto innych. Widzę też ciasteczkowego potwora.
Cam wybuchnął śmiechem. Był to miły dźwięk, głęboki i bogaty. – Jesteś śmieszna.
Moje usta rozciągnęły się w uśmiechu, gdy zatrzymałam długopis nad kartką. Nie miałam pojęcia od jakiej szerokości geograficznej zacząć. Spojrzałam na Borealis i udało mi się narysować linię tam, gdzie myślałam że powinnam, łącząc dwie kropki.
- Wiesz, skąd pochodzi nazwa? – Kiedy potrząsnęłam głową, wyciągnął rękę i wyciągnął mi długopis z ręki. Jego palce musnęły moje i odsunęłam rękę, kładąc ją na bujnej trawie. – Przedstawia koronę podarowaną od boga Dionizosa Ariadnie. Kiedy poślubiła Baccusa, umieścił jej koronę w niebie w honorze ich małżeństwa.
Wpatrywałam się w niego. – Profesor Drage nie uczył tego na zajęciach.
- Wiem.
Odchylając się, przyglądałam mu się. – Więc skąd to wiesz?
- Dlaczego ty tego nie wiesz?
Przechyliłam na bok głowę, podnosząc brwi.
- Dobra. Może większość ludzi nie wiedziałaby tego z głowy. – Zakręcił moim długopisem pomiędzy palcami. – Tak naprawdę brałem część tej klasy jako student pierwszego roku, ale musiałem ją rzucić.
- Naprawdę?
Potaknął, ale nie wdał się w szczegóły.
- Jesteś, co, juniorem?
- Tak. Musiałem wziąć rok wolnego, co zostawiło mnie w tyle.
Chciałam zapytać dlaczego, ale zdecydowałam, że to nie moja sprawa. – Czemu znowu bierzesz astronomię? – Postanowiłam, że to bezpieczny temat. – Czy to część twojego kierunku?
- Nie. Po prostu lubię zajęcia i profesora Drage’a – zamilkł, wyłączając latarkę. – Studiuję sport i rekreację. Chciałbym zająć się sportową rehabilitacją.
- Och. Czy… - przerwałam, jak dziewczyna za nami dostała napadu chichotów. Spoglądając przez ramię, wytrzeszczałam oczy.
Dwoje studentów z naszej klasy było definitywnie parą albo w drodze by nią się stać. Ich zeszyty były zapomniane na ławce. Ona była na jego kolanach, ich twarze dzieliły centymetry, a jego ręka wsunęła się pod rąbek jej spódnicy.
- No to jest interesująca forma obserwowania gwiazd – skomentował Cam.
Byłam wdzięczna za ciemniejące niebo, bo moja twarz zaczęła się rumienić. Wiedziałam, że powinnam się odwrócić, bo przyglądanie się im czyniło mnie totalnym dziwakiem, ale nie potrafiłam. Nawet nie wtedy, kiedy dłoń dziewczyny powędrowała do włosów chłopaka, przyciągając jego głowę do jej i zaczęli się naprawdę całować, a jego ręka była cała pod jej spódniczką, aż po przedramię.
Wow.
Cam szturchnął mnie w ramię moim długopisem, przyciągając moją uwagę. Wyglądał na… zaciekawionego. – Co? – powiedziałam.
- Nic. Po prostu… - Wydawał się wybierać mądrze swoje następne słowa. – Patrzysz na nich… jakbyś nigdy nie widziała pary, która by to robiła.
- Tak?
Potaknął. – Więc jeśli nie zostałaś wychowana w klasztorze, wyobrażam sobie, że byłaś na kolanach raz czy dwa, co nie?
- Nie, nie byłam! – Skrzywiłam się, bo praktycznie to wykrzyczałam. – To znaczy, nie byłam na kolanach faceta.
- A co z kolanami dziewczyny?
- Co? Nie!
Wolny uśmiech pojawił się na jego twarzy. – Żartowałem, Avery.
Zacisnęłam zęby. – Wiem, po prostu…
- Co? – Znowu mnie szturchnął. – Ty co?
Otworzyłam usta i zdarzył się najgorszy rodzaj słownych wymiocin. – Nigdy nie byłam w związku. – W chwili, w której te słowa wyszły z moich ust, chciałam kopnąć się w pierś. Kto przyznawał to nieznajomemu? Ściskając krawędzie mojego zeszytu, zerknęłam na Cama. Patrzył na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że jestem Maryją Dziewicą. Piekły mnie policzki. – Co? To nic wielkiego.
Zamrugał i potrząsnął głową, odwracając się do nieba. – Nigdy nie byłaś w związku?
- Nie. – Wierciłam się, zażenowana na maksa, jakbym otworzyła swoją duszę.
- Nic?
- To właśnie oznacza nie.
Cam otworzył usta, a potem je zamknął. – Ile masz lat?
Przewróciłam oczami, drgając. – Dziewiętnaście.
- I nie byłaś w ani jednym związku? – zapytał znowu.
- Nie. – Papier zaczął gnieść się pod moimi palcami. – Moi rodzice… byli surowi. – Jakie kłamstwo, ale brzmiało wiarygodnie. – Naprawdę surowi.
- Widzę. – Cam stuknął moim długopisem w swój notatnik. – Więc byłaś na randce czy coś?
Wzdychając, przesunęłam wzrok na moją kartkę. – Myślałam, że mieliśmy sporządzać mapę gwiazd?
- Robimy to.
- Nie, nie robimy. Mam tylko krzywą linię, a ty nie masz nic.
- Ta krzywa linia jest pomiędzy Deltą i Gammą. – Pochylił się, łącząc dwie kropki. – Tutaj jest Teta, a to jest Alfa – najjaśniejsza gwiazda. Widzisz, w połowie skończyliśmy.
Zmarszczyłam brwi, gdy podniosłam wzrok, odnajdując wzór gwiazd na niebie. Do diabła, dobrze mu to wychodziło. Wtedy znowu się pochylił, jego ramię przyciskało się do mojego, kiedy dorysował idealną linię do kolejnej kropki na mapie. Zagryzłam wargę, gdy on dalej kończył mapę bez choćby raz podniesienia wzroku lub spojrzenia na mapę gwiazd. Byłam dotkliwie świadoma tego jak ciepłe było jego ramię nawet przez dwie warstwy ubrania. Ciepło z kontaktu rozeszło się w górę mojego ramienia i przez klatkę piersiową, podnosząc moje ciśnienie.
Odwrócił głowę w moją stronę. – Teraz skończyliśmy sporządzać mapę gwiazd.
Wzięłam nagły wdech. Nasze twarze dzieliły centymetry i był on o wiele zbyt blisko. Mój wzrok padł na jego usta. Były uniesione z jednej strony i ten dołeczek zaczął pojawiać się na jego lewym policzku. Jest wargi zaczęły się ruszać, ale nie usłyszałam słowa, z tego co powiedział. Chciałam się odsunąć, ale… nie chciałam. Zdezorientowanie przeszło przez moje ciało, gdy walczyłam, żeby się nie cofnąć… i nie przesunąć się bliżej. To tak, jakby było się złapanym pomiędzy dwoma przeciwległymi magnesami.
Może powinnam przestać gapić się na jego usta.
Brzmiało jak dobry plan, ponieważ patrzenie na usta faceta było trochę dziwne, więc zmusiłam się do podniesienia wzroku. O rany, zły ruch, ponieważ teraz wpatrywałam się w te ściągające majtki oczy, jak odniósł się do nich Jacob wcześniej, kiedy napisał. I Jacob miał rację. Założę się, że był zbiór porzuconych majtek w ślad, gdzie poszedł Cam. Powinno być nielegalne dla chłopca, żeby miał rzęsy tak gęste jak jego. Nawet w ciemności jego oczy były odcieniem dżinsu. W pewnym stopniu znośne ciepło zmieniło się w niemal nieznośne gorąco, gdy rozprzestrzeniło się w moich żyłach.
Znowu się wierciłam, nie mogąc sobie przypomnieć bym czuła się tak od dłuższego czasu. Przynajmniej nie od imprezy Halloweenowej. Może przedtem. Na pewno przedtem. Było po prostu coś w Camie, co tak jakby sprawiało, że zapomniałam o wszystkim oprócz tego, co działo się w tym momencie. Brzmiało normalnie. Lubiłam to w przeważającej części.
- Słuchasz mnie?
Zamrugałam powoli. – Co? Tak! Tak. Całkowicie.
Jego uśmiech stał się znaczący, a ja chciałam wczołgać się pod ciernisty krzak. – Taa… więc nie byłaś na randce?
- Co?
Cam cicho zachichotał. – Naprawdę w ogóle mnie nie słuchałaś. Byłaś zbyt zajęta gapieniem się na mnie.
- Wcale nie! – Cała twarz mnie piekła z tym małym kłamstwem i pośpiesznie skupiłam się tam, gdzie była para. Już ich nie było.
Trącił moje ramię. – Tak, gapiłaś.
Potarłam twarz. – Jesteś poza dopuszczalnym poziomem arogancji.
- Arogancji? Jedynie stwierdzam prawdę. – Cam rzucił swój zeszyt na ziemię i oparł się o łokcie, przyglądając mi się spod opuszczonych rzęs. Ten cholerny, nieznośny przekrzywiony uśmiech był na jego twarzy. – Nie ma nic złego z gapieniem się na mnie. Lubię to.
Otworzyłam szeroko usta. Jak, do diabła, miałam na to odpowiedzieć? – Nie gapiłam się na ciebie. Nie tak naprawdę. Tak jakby… odpłynęłam. Tak właśnie ekscytujące jest z tobą rozmawianie.
- Wszystko we mnie jest ekscytujące – odpowiedział.
- Tak ekscytujące jak patrzenie, jak twój żółw przechodzi przez drogę.
- Mhm. Wmawiaj to sobie dalej, kochanie.
- Dalej nazywaj mnie kochaniem, a będziesz kulał.
Oczy Cama się rozszerzyły. – Och, słuchaj siebie.
- Nieważne.
- Powinniśmy to zrobić.
Mój umysł pomknął prosto tam, gdzie iść nie powinien i moja skóra zaczęła piec. – Co zrobić? Iść do domu? Chcę iść do domu, już teraz.
- Iść na randkę.
Widocznie przegapiłam ważną część tej rozmowy. Zamknęłam zeszyt i sięgnęłam za siebie, łapiąc torbę. – Nie jestem pewna, czy nadążam za tą rozmową.
- Naprawdę nie jest tak skomplikowana. – Zaśmiał się, kiedy posłałam mu spojrzenie. – Powinniśmy iść na randkę.
Poczułam żołądek w gardle, gdy na niego spojrzałam. Wyglądał na tak zadowolonego, w połowie rozłożony na ziemi. Czy on żartował? Naćpał się? Włożyłam zeszyt do torby, razem z długopisem. – Nie rozumiem.
Cam położył się i wyciągnął ramiona nad głowę, powodując, że jego koszulka podjechała i ukazała kawałek opalonej skóry i dwa wgłębienia po każdej stronie jego bioder… dobry Boże. Odwróciłam wzrok i wzięłam olbrzymi łyk powietrza.
- Zwykle pójście na randkę jest wtedy, kiedy dwoje ludzi wychodzi wieczorem lub czasami w ciągu dnia. Naprawdę, to może być o każdej porze dnia czy nocy. Zazwyczaj obejmuje kolację. Czasem film lub spacer do parku. Choć ja nie chodzę na spacery do parku. Może na plażę, ale skoro nie ma żadnych…
- Wiem, co to randka – warknęłam, podnosząc się na nogi.
On pozostał na ziemi i nie wyglądał jakby miał się ruszyć w najbliższym czasie. Powinnam wziąć własne auto. – Powiedziałaś, że nie rozumiesz – zauważył odważnie. – Więc wyjaśniam, co oznacza randka.
Sfrustrowana… i niechętnie rozbawiona skrzyżowałam ramiona. – To nie tej części nie rozumiałam i ty to wiesz.
- Po prostu upewniałem się, że chodzi nam o to samo.
- Nie chodzi.
Cam obniżył ramiona, ale wciąż był odstęp pomiędzy jego koszulką a dżinsami. Miał na sobie bieliznę? Widziałam tylko skórzany pasek i dżinsy. Dobra. Nie potrzebuję zaczynać o tym myśleć. – Więc teraz, kiedy obydwoje wiemy z czym wiąże się randka, powinniśmy na taką iść – powiedział.
- Uch…
Cam zaśmiał się, siadając w jednej płynnej chwili. – To nie bardzo odpowiedź, Avery.
- Ja… - Randka? Randka z Cameronem Hamiltonem? Dwie rzeczy urosły w jednej chwili: niepokój i zainteresowanie. Cofnęłam się o krok, kładąc dystans pomiędzy mną a nim, i wszystkim innym. – Nie masz dziewczyny?
Jego brwi uniosły się w zaskoczeniu i roześmiał się. – Dziewczynę? Nie.
- Więc kim była ta brunetka zataczająca się z twojego mieszkania w środową noc? – zapytałam.
Uśmiech Cama rozszerzył się do szerokiego uśmiechu. – Obserwowałaś mnie, Avery?
- Nie. Nie! Co? Nie obserwowałam cię. Mam życie.
Wygiął brew. – Więc skąd wiesz o Stephanie?
- To jej imię?
- Cóż, tak, ma ona imię i nie, nie jest ona moją dziewczyną. – Przekrzywił głowę na bok, przyglądając mi się. – I nie zataczała się. Może powłóczyła nogami.
Wywróciłam oczami.
- Więc jak ją widziałaś, skoro mnie nie obserwowałaś? – zapytał, krzyżując kostki. – I nie mam nic przeciwko pomysłowi, że mnie obserwowałaś. Pamiętaj, lubię to.
Zmusiłam się do wzięcia głębokiego, powolnego oddechu zanim mogłabym podejść i kopnąć go w nogę. – Nie obserwowałam cię. Nie mogłam spać i patrzyłam przez okno w moim salonie. Po prostu zdarzyło mi się zobaczyć jak odprowadzasz ją do jej auta.
- To ma sens. Bynajmniej nie tak zabawne jak ty stojąca przy oknie z nadzieją, że na mnie zerkniesz.
Mogłam tylko na niego się gapić.
Puścił oko, i cholera, jeśli nie wyglądał przy tym dobrze. – Tak w ogóle to Steph nie jest moją dziewczyną. Nie jesteśmy tacy.
Co znaczyło, że najprawdopodobniej spotykali się dla seksu i nie było z tym nic złego. I może tego właśnie chciał ode mnie z tą całą randką. Jacob byłby podekscytowany słysząc to. Mentalna notka do siebie: nie mówić mu o tym. – Nie jestem taka.
- Jaka? – zapytał.
Więc miał zamiar zmusić mnie, żebym to przeliterowała. Oczywiście. Czemu nie? – Nie jestem taka jak ona.
- Znasz ją?
Zmrużyłam oczy. – Nie pieprzę się z facetami tylko dla zabawy, dobra? Nie widzę w tym nic złego. W ogóle nie osądzam, ale to nie ja. Więc nie jestem zainteresowana. Przykro mi.
- Poczekaj chwilę. Jestem zdezorientowany. Nie osądzasz jej, ale założyłaś, że interesuje się ona przypadkowym seksem? Że jest ona moją przyjaciółką od seksu? Czy nie jest to tak jakby pochopne osądzanie oparte na założeniach?
A niech to, miał rację. – Masz rację. Nie wiem czy tak z wami jest. Może jesteście tylko kolegami z dzieciństwa czy coś.
- Nie jesteśmy. – Psotny uśmiech powrócił. – Spotykamy się na seks, co jakiś czas.
Gapiłam się na niego. – Miałam rację! Więc dlaczego oskarżyłeś mnie o bycie osądzającą?
- Po prostu zwróciłem na to uwagę – odparł, oczy błyszczały mu jak te cholerne gwiazdy na niebie. – A tak w ogóle, nie mieliśmy seksu środowej nocy. Nie to, że się nie przymierzała do tego, ale ja tego nie czułem.
Pamiętałam jak wyglądała dziewczyna i zastanawiałam się, jaki pełnokrwisty mężczyzna by tego nie czuł. – Nieważne. To jest głupia rozmowa.
- Lubię tę rozmowę.
Kręcąc głową, pochyliłam się i sięgnęłam po torbę, ale Cam podniósł się na nogi i złapał ją, zanim mogłabym złapać palcami pasek. Westchnęłam, wyciągając dłoń. – Daj mi ją.
- Staram się.
Posłałam mu zdegustowane spojrzenie.
Chichocząc, zrobił krok do przodu i przełożył pasek przez moje ramię. Jego palce musnęły moją szyję, a ja nie mogłam powstrzymać ciała przed poskokiem na jego lekki dotyk. Cofnął się i podniósł latarkę. – Widzisz? Zachowuję się tylko jak dżentelmen.
- Nie sądzę, że jesteś dżentelmenem – burknęłam, zaciskając palce na pasku. – Ale dziękuję.
Zabrał zeszyt z ziemi i skierowaliśmy się tam, gdzie było zaparkowane jego auto, omijając teraz pustą ławkę. Zapalił latarkę, gdy dotarliśmy do pola, oświetlając naszą drogę. Sądzę, żeby udowodnić mi źle, otworzył mi drzwi, kiedy zatrzymaliśmy się przy jego samochodzie. – Pani.
- Dziękuję – powiedziałam, brzmiąc odrobinę bardziej wdzięcznie, niż przedtem.
Zamiast zamknąć drzwi, Cam oparł się o samochód i położył rękę na krawędzi otwartych drzwi. – Więc co z tym?
- Co z czym?
Przyjrzał mi się z takim samym intensywnym zainteresowaniem, jak wcześniej. – Umów się ze mną na randkę.
Zesztywniałam. – Dlaczego?
- Dlaczego nie?
- To nie jest odpowiedź. – Szarpiąc pas bezpieczeństwa, zajęłam się jego zapięciem. Dłonie mi się trzęsły, dlatego wciąż chybiałam zatrzask.
- Co to było za pytanie? Jak mam… hej, to tylko pas. Nie tak mocno. – Pochylił się, przejmując kontrolę. Jego dłonie musnęły moje, a ja przycisnęłam się do siedzenia. Przerwał i spojrzał na mnie, te usta zazwyczaj uniesione zaczęły opuszczać się w kącikach. Coś błysnęło w jego oczach. Nie wiedziałam, co to było, ale zniknęło, kiedy zapiął pas. Jednak się nie odsunął. – Dlaczego nie powinnyśmy iść na randkę?
Napięłam się przy siedzeniu, ręce zacisnęły się w pięści na kolanach. To nie było tak, że było mi niewygodnie z nim tak blisko. To było to, że było mi niewygodnie ze sposobem, w jaki zauważałam każdy lekki dotyk skóry lub spojrzenie. – Ponieważ… ponieważ się nie znamy.
Jego wargi znowu się uniosły. Zdecydowałam, że wolałam je takie od nachmurzonej miny. – O to chodzi w randce. O poznawanie się nawzajem. – Oczy Cama pomknęły do moich ust. – Umów się ze mną na randkę.
- Nie ma we mnie nic do poznania. – Słowa wyszły w mocnym szepcie, kiedy moja klatka gwałtownie się podniosła.
Przekrzywił głowę na bok. – Jestem pewien, że jest wiele w tobie do poznania.
- Nie ma.
- Więc możemy spędzić czas ze mną gadającym.
- Brzmi fajnie.
- Och, będzie bardziej ekscytująco niż patrzenie, jak Rafael przechodzi przez ulicę.
- Ha.
Uśmiechnął się. – Tak myślałem, że ci się to spodoba.
Poczułam, jak boczna kieszeń mojej torby zawibrowała raz przy mojej nodze. Wiadomość tekstowa? Pewnie od Jacoba. Chciałam po nią sięgnąć, ale skończyłabym uderzając głową o Cama. Nie chciałam tego powtarzać. – Możemy już jechać?
- Możemy iść na randkę?
- Dobry Boże, nie dajesz za wygraną.
- Nie.
Zaśmiałam się, nie mogłam się powstrzymać, a jego uśmiech rozszerzył się w odpowiedzi na dźwięk. – Jestem pewna, że jest wiele dziewczyn, które chciałyby iść z tobą na randkę.
- Jest.
- Wow. Skromny jesteś, co?
- Czemu miałbym być? – odciął się. – A ja chcę iść na randkę z tobą. Nie z nimi.
- Nie rozumiem dlaczego.
Jego ciemne brwi się uniosły. – Mogę wymyślić kilka powodów. Nie jesteś jak większość dziewczyn. To mnie interesuje. Jesteś niezdarna w ten naprawdę… uroczy sposób. Jesteś mądra. Chcesz, żebym wymienił więcej?
- Nie. W ogóle – powiedziałam szybko. Musiałam zdusić to w zarodku. Odsuwając reputację na bok, był on kimś o wiele więcej, niż mogłabym kiedykolwiek mieć nadzieję do poradzenie sobie. Będzie oczekiwał rzeczy, których nie mogę mu dać. Czasami utrzymanie z nim rozmowy było wystarczająco trudne. – Nie chcę iść z tobą na randkę.
Cam nie wyglądał na zaskoczonego moją odpowiedzią czy niezrażony. – Domyśliłem się, że to powiesz.
- Więc czemu spytałeś?
W końcu – dzięki Bogu – odsunął się i złapał bok drzwi. – Bo chciałem.
- Och. Cóż. Dobrze. Cieszę się, że pozbyłeś się tego z systemu.
Zmarszczył brwi. – Nie pozbyłem się tego z systemu.
O nie. – Nie?
- Nie. – Błysnął czarującym uśmiechem. – Zawsze jest jeszcze jutro.
- Co jest jutro?
- Znowu cię zapytam.
Pokręciłam głową. – Odpowiedź będzie taka sama.
- Może. Może nie. – Wyciągnął rękę i stuknął czubek mojego nosa. – I może powiesz tak. Jestem cierpliwym facetem i, hej, jak sama powiedziałaś, nie daję łatwo za wygraną.
- Świetnie – mruknęłam, ale… o rany, miałam nieznane uczucie w klatce piersiowej.
- Wiedziałem, że tak to zobaczysz. – Cam uszczypnął mnie w nos, a ja pacnęłam jego rękę. – Nie martw się. Znam prawdę.
- Prawdę o czym?
Cam cofnął się. – Chcesz się zgodzić, ale po prostu nie jesteś gotowa.
Opadła mi szczęka.
- To nic. – Jego uśmiech stał się pewny siebie. – Trudno jest sobie ze mną poradzić, ale mogę cię zapewnić, że będziesz się dobrze bawić radząc sobie ze mną.
Potem nim mogłam wymamrotać odpowiedź godną tego oświadczenia, raz jeszcze stuknął mój nos i zamknął mi drzwi przed twarzą.
#
Z powrotem w moim mieszkaniu rzuciłam torbę na kanapę i opadłam obok niej. Iść na randkę z Cameronem? Czy on oszalał? Musiał sobie żartować albo po prostu flirtował. W drodze do domu już więcej o tym nie wspomniał, zamiast tego spędził czas męcząc mnie o mój plan lekcji. Pytanie za pytaniem, wyciągnął każdy szczegół o zajęciach, które brałam. Do czasu, kiedy dotarliśmy do budynku, byłam wyczerpana.
Pozwalając głowie opaść na poduszkę, zamknęłam oczy. Serce biło mi dosyć szybko jak na tylko siedzenie. Czy on był poważny z brakiem seksu ze Stephanie w środę? Wydawało się to dla mnie dziwne, że nie, jeśli naprawdę rzucała się na niego.
Szczerze nie miało to znaczenia.
Nie mogłam mieć związków żadnego rodzaju. Może pewnego dnia. Mam nadzieję, że pewnego dnia, bo nie chciałam być taka przez resztę życia. Ostatecznie chciałam być dziewczyną, która ekscytowała się byciem zaproszoną na randkę zamiast dziewczyną, która przychodziła do domu i robiła to.
Otwierając oczy, jęknęłam. – Jestem Senior Kutafon. Albo Seniorita Kutafon.
Podniosłam się na nogi i ruszyłam do sypialni, kiedy przypomniałam sobie o wibrującej torbie. – Kurde.
Szybko wracając do kanapy, sięgnęłam do bocznej kieszeni i wyciągnęłam komórkę. Stuknęłam ekran, całkowicie spodziewając się zobaczyć wiadomość od Jacoba lub Brittany. Zamiast tego zobaczyłam nieodebrane połączenie i wiadomość głosową.
- Co, do diabła?
Przejechałam palcami po boku i zrozumiałam, że wyciszyłam cholerną rzecz. Przesuwając palcem po ekranie, odblokowałam go i zobaczyłam, że połączenie było od NIEZNANEGO NUMERU.
Zamarło we mnie serce.
Nic się nie stało. Pewnie pomyłka albo telemarketer. Przeszłam do strony z pocztą głosową i mój palec wisiał nad przyciskiem usuwania. Przeszłość uniosła brzydką, zgorzkniałą głowę. Mój numer był nowy, tak jak email…
Znowu przeklęłam.
Biorąc głęboki wdech, przycisnęłam wiadomość i podniosłam ją do ucha. Była cisza, a potem zgrzytliwy, nie do odróżnienia głos zabrzmiał przez telefon. – Wiesz co dzieje się z kłamczuchami i zdzirami? Dostają duże, grube…
Krzycząc, przycisnęłam przycisk usuwania nim mogłabym usłyszeć więcej. Rzuciłam komórkę na kanapę, zamiast rzucić nią w ścianę i odsunęłam się, jakby to była jakaś jadowita istota przysadzona na poduszkach.
Jakakolwiek metoda komunikacji mogła stać się szkodliwa. Czy już nie wiedziałam tego z pierwszej ręki? Opuścił mnie zduszony śmiech. Naprawdę, nie mieli oni nic lepszego do roboty? To było pięć lat. Pięć lat! Nie mogli dać odejść przeszłości.

Tak jak w głębi duszy ja też nie mogłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz