Nie miałam
pojęcia, jak pozwoliłam Camowi namówić się na jego prowadzenie, a nie branie
dwóch aut podczas zajęć, ale w sobotni wieczór – noc naszego zadania – tuż
przed zmierzchem, wsiadałam do dużej srebrnej półciężarówki. Ściskało mnie w
żołądku od piątkowego wieczora, kiedy Jacob zaczął nękać mnie imprezą, na którą
on i Brittany szli. Była ona łagodna i chciałam iść, ale nie mogłam się do tego
zmusić. Poza tym nie miałam pojęcia gdzie jest ten dom, było późno, kiedy
zaczął pisać i znowu była burza.
A teraz byłam
zdenerwowana jak mysz w pokoju pełnym głodnych kotów. Jak głupio to wygląda,
nigdy wcześniej nie byłam z facetem w aucie. Nawet przyznawanie to samej sobie
brzmiało niezwykle żałośnie. Biorę ten mały sekrecik do mojego grobu
żałośności.
Cam włożył
kluczyki do stacyjki, spoglądając na mnie. Znowu miał bejsbolówkę, przekręconą
do tyłu. Za gęstymi rzęsami jego oczy migotały jasnym lazurem. – Gotowa do
startu?
Oplatając się
przewiewnym swetrem, pokiwałam głową. Kiedy zobaczyłam go wczoraj rano na
astronomii, znowu miał normalny nastrój – żartował, flirtował i proponował
ciasteczka. Miałam nadzieję, że znaczyło to, iż cokolwiek stało się pomiędzy
nim a Olliem się wyjaśniło. – Jesteś pewny, że nie możemy po prostu zrobić tego
tutaj?
- Te miejsce
będzie idealne. Nigdy nie poprowadzę cię źle, kochanie.
- Okej –
mruknęłam, mocno ściskając razem ręce. Odwróciłam się do bocznego okna, patrząc
jak przejeżdżamy obok kampusu i przecinamy most do Maryland.
Piętnaście
minut później Cam skręcił w drogę prowadzącą do centrum Narodowego Pobojowiska
Antietam. Historyczny maniak we mnie zaczął robić gwiazdy, ale byłam zbyt
zdenerwowana byciem tutaj w nocy z Camem. Nie to, że wydawał się typem, który
by czegoś próbował, ale jeśli cokolwiek wiedziałam to to że nie było żadnego
„typu”, kiedy dochodziło to tych rzeczy. Moje nerwy wydawały się rozciągnięte i
wystrzępione przy brzegach.
- Jesteś
pewny, że możemy być tutaj w nocy? – zapytałam, rozglądając się.
- Nie. –
Wjechał na miejsce parkingowe. Była tylko garstka aut.
Wpatrywałam
się w niego. – Co?
Zaśmiał się,
wyłączając silnik. – Żartuję. Musimy jedynie powiedzieć jednemu z leśniczych,
że jesteśmy z uniwersytetu. Nie będą mieli z tym problemu.
Miałam taką
nadzieję. Myśl bycia gonioną pobojowiskiem przez leśniczego nie była na mojej
liście rzeczy do osiągnięcia przed śmiercią.
Jednakże po
szybkim spojrzeniu na Cama, wyglądało na to, że to mogłoby być na jego liście.
- Gotowa?
Podnosząc
torbę z podłogi, otworzyłam drzwi samochodu. – Tak, miejmy to za sobą.
Cam wyciągnął
latarkę ze schowka, chichocząc. – Nie brzmisz na zbyt podekscytowaną.
Wysłałam mu
szybki uśmiech. – Nie jestem.
- Nie kłam. –
Okrążył maskę i dołączył do mnie, wskazując tam, gdzie cementowa wieża z
różowym szczytem rosła do nieba. – Tam chcemy iść.
- Do wieży na
Krwawej Alei?
Posłał mi
szybkie spojrzenie. – Byłaś już tutaj.
- Nie.
- Więc skąd
wiesz, że to Krwawa Aleja?
Uśmiechnęłam
się lekko, podnosząc kosmyk swoich włosów, przekręcając go pomiędzy palcami. –
Historia to mój kierunek studiów, więc takie miejsca mi się podobają. Czytałam
już o tym. Najkrwawszy dzień całej wojny miał miejsce na tym małym odcinku
zakurzonej drogi.
- Tak mówią.
Poczekaj chwilkę. – Odwrócił się tam, gdzie leśniczy przechodził przez pole. –
Zaraz będę.
Patrzyłam jak
biegnie truchtem tam, gdzie czekał leśniczy. Wyglądało na to, że zostały
wymienione słowa, a potem Cam pokazał mu swój zeszyt. Leśniczy zaśmiał się i
uściskali sobie ręce. Przechylając głowę mogłam już zobaczyć maleńkie gwiazdy
pojawiające się na głęboko niebieskim niebie. Zmrok nastąpi w ciągu kilku
minut.
Wzięłam
głęboki wdech i wolno go wypuściłam.
Cam wrócił do
mojego boku. – Możemy iść. I nie jesteśmy jedyni. Jest kilku studentów po
drugiej stronie wieży.
- Fajnie. –
Podążyłam za nim, trzymając pomiędzy nami zdrową odległość. – Czemu tyle ludzi
przychodzi tutaj, żeby to robić? Jestem pewna, że są miejsca bliższe kampusu.
- Nie takie
jak te. Rozejrzyj się. – Włożył latarkę do tylnej kieszeni. – Poza domami po
drugiej stronie ulicy, nie ma tu żadnych świateł miasta czy wież. Jest tylko
niebo.
- I pola
uprawne – zauważyłam.
Skinął głową.
– Dużo pól uprawnych.
Dotarliśmy do
wybrukowanej części uliczki i ruszyliśmy w stronę wieży. – Myślisz, że jak
długo to zajmie? – zapytałam.
- Dlaczego?
Masz dzisiaj gorącą randkę?
Parsknęłam
krótkim śmiechem. – Uhm, nie.
Jedna ciemna
brew się wygięła. – Brzmisz jakby to był szalony pomysł. Jakby nikt nie
wyszedłby w sobotni wieczór na randkę.
Upuszczając
kosmyk włosów, którym się bawiłam, wymusiłam niedbałe wzruszenie ramion. – Z nikim
się nie umawiam.
- Więc skąd
ten pośpiech?
Przyznanie,
że było mi naprawdę niezręcznie być tutaj byłoby żenujące i niegrzeczne,
dlatego nic nie powiedziałam.
- Martwisz
się, że przywiozłem cię tutaj dla moich nikczemnych planów?
Kompletnie
się zatrzymałam. Węzły uformowały mi się w żołądku. – Co?
Cam stanął i
odwrócił się do mnie. Jego uśmiech trochę się zmniejszył. – Hej, Avery, ja
tylko żartuję. Naprawdę.
Gorąco zalało
moje policzki, a węzły się rozwiązały, zastąpione mocnym uczuciem totalnego
głupstwa. – Wiem. Jestem po prostu…
- Nerwowa? –
podsunął.
- Taa.
Przyglądał mi
się chwilę dłużej, po czym znowu zaczął iść. – Chodź. Zaraz będzie ciemno.
Idąc za nim,
wyobrażałam sobie siebie biegnącą wprost w stary drewniany płot i nadziewającą
się na jeden ze spiczastych końców. Boże, musiałam wziąć się w garść. Nie każdy
facet był jak Blaine. Wiedziałam to. Kompletnie to rozumiałam. Nie byłam
całkowicie uszkodzona przez swoją dolegliwość.
Po drugiej
stronie wieży, blisko tablic, dwoje studentów z naszej klasy astronomicznej
siedziało na ławce z zeszytami na kolanach. Pomachali nam, a kiedy my im
odmachaliśmy, Cam poszedł trochę dalej szerokim parkingiem, po czym skręcił na
trawiaste wzgórze górujące nad zakurzoną drogą Krwawej Alei.
Cam wybrał
miejsce i wyciągnął latarkę, zanim usiadł. Stałam kilka kroków w tyle,
słuchając cichego brzęczenia świerszczów. Ziemia wyschła z wczorajszej pogody,
ale nawet jeśli byłaby mokra, nie zatrzymałoby mnie to przed siadem. Byłam po
prostu zbyt podekscytowana.
- Dołącz do
mnie? – Poklepując miejsce obok siebie, pochylił głowę. – Bardzo proszę? Jestem
samotny będąc tutaj całkiem sam.
Zagryzając
wargę usiadłam parę stóp od niego, a potem zajęłam siebie szukaniem mojego
zeszytu od astronomii. Gdy go wyciągnęłam, spojrzałam na niego i nasze
spojrzenia się spotkały. Nie mogłam odwrócić wzroku. Intensywne. To było
pierwsze słowo, które przyszło mi na myśl. Jego spojrzenie było intensywne, tak
jakby widział mnie na wskroś.
Chrząkając,
skupiłam uwagę na zeszycie. W końcu Cam się odezwał. – Na jaki gwiazdozbiór
mamy sporządzić mapę?
Trzymał
latarkę, kiedy przeglądałam swoje notatki. – Um, Coronę Borealis, jak sądzę.
- Ach, koronę
północną.
Spojrzałam na
niego z uniesionymi brwiami. – Wiesz to z głowy?
Zaśmiał się.
– Mogę nie zapisywać notatek, ale skupiam uwagę.
Byłam pewna,
że przespał większość wczorajszych zajęć. Wyciągnęłam kartkę, którą zrobił dla
nas profesor Drage, a potem mapę gwiazd i znalazłam na niej Coronę Borealis. –
Naprawdę nie rozumiem jak ktokolwiek widzi kształty w gwiazdach.
- Poważnie? –
Przysunął się i zerknął przez moje ramię. – Kształty są całkiem oczywiste.
- Nie dla
mnie. To tylko masa gwiazd na niebie. Prawdopodobnie można zobaczyć cokolwiek
chce się zobaczyć.
- Spójrz na
Borealis. – Stuknął palcem w mapę. – To oczywiście korona.
Roześmiałam
się. – To nie wygląda jak korona. Wygląda to jak nieregularne półkole.
Pokręcił
głową. – Popatrz. Teraz możesz to łatwo zobaczyć. To jest korona. No dalej,
zobacz siedem gwiazd.
Odchyliłam
głowę, wyciągając długopis z torby. – Widzę siedem gwiazd, ale widzę również
około sto innych. Widzę też ciasteczkowego potwora.
Cam wybuchnął
śmiechem. Był to miły dźwięk, głęboki i bogaty. – Jesteś śmieszna.
Moje usta
rozciągnęły się w uśmiechu, gdy zatrzymałam długopis nad kartką. Nie miałam
pojęcia od jakiej szerokości geograficznej zacząć. Spojrzałam na Borealis i
udało mi się narysować linię tam, gdzie myślałam że powinnam, łącząc dwie
kropki.
- Wiesz, skąd
pochodzi nazwa? – Kiedy potrząsnęłam głową, wyciągnął rękę i wyciągnął mi długopis
z ręki. Jego palce musnęły moje i odsunęłam rękę, kładąc ją na bujnej trawie. –
Przedstawia koronę podarowaną od boga Dionizosa Ariadnie. Kiedy poślubiła
Baccusa, umieścił jej koronę w niebie w honorze ich małżeństwa.
Wpatrywałam
się w niego. – Profesor Drage nie uczył tego na zajęciach.
- Wiem.
Odchylając
się, przyglądałam mu się. – Więc skąd to wiesz?
- Dlaczego ty
tego nie wiesz?
Przechyliłam
na bok głowę, podnosząc brwi.
- Dobra. Może
większość ludzi nie wiedziałaby tego z głowy. – Zakręcił moim długopisem
pomiędzy palcami. – Tak naprawdę brałem część tej klasy jako student pierwszego
roku, ale musiałem ją rzucić.
- Naprawdę?
Potaknął, ale
nie wdał się w szczegóły.
- Jesteś, co,
juniorem?
- Tak.
Musiałem wziąć rok wolnego, co zostawiło mnie w tyle.
Chciałam
zapytać dlaczego, ale zdecydowałam, że to nie moja sprawa. – Czemu znowu
bierzesz astronomię? – Postanowiłam, że to bezpieczny temat. – Czy to część
twojego kierunku?
- Nie. Po
prostu lubię zajęcia i profesora Drage’a – zamilkł, wyłączając latarkę. –
Studiuję sport i rekreację. Chciałbym zająć się sportową rehabilitacją.
- Och. Czy… -
przerwałam, jak dziewczyna za nami dostała napadu chichotów. Spoglądając przez
ramię, wytrzeszczałam oczy.
Dwoje
studentów z naszej klasy było definitywnie parą albo w drodze by nią się stać.
Ich zeszyty były zapomniane na ławce. Ona była na jego kolanach, ich twarze
dzieliły centymetry, a jego ręka wsunęła się pod rąbek jej spódnicy.
- No to jest
interesująca forma obserwowania gwiazd – skomentował Cam.
Byłam wdzięczna
za ciemniejące niebo, bo moja twarz zaczęła się rumienić. Wiedziałam, że
powinnam się odwrócić, bo przyglądanie się im czyniło mnie totalnym dziwakiem,
ale nie potrafiłam. Nawet nie wtedy, kiedy dłoń dziewczyny powędrowała do
włosów chłopaka, przyciągając jego głowę do jej i zaczęli się naprawdę całować,
a jego ręka była cała pod jej spódniczką, aż po przedramię.
Wow.
Cam
szturchnął mnie w ramię moim długopisem, przyciągając moją uwagę. Wyglądał na…
zaciekawionego. – Co? – powiedziałam.
- Nic. Po
prostu… - Wydawał się wybierać mądrze swoje następne słowa. – Patrzysz na nich…
jakbyś nigdy nie widziała pary, która by to robiła.
- Tak?
Potaknął. –
Więc jeśli nie zostałaś wychowana w klasztorze, wyobrażam sobie, że byłaś na
kolanach raz czy dwa, co nie?
- Nie, nie
byłam! – Skrzywiłam się, bo praktycznie to wykrzyczałam. – To znaczy, nie byłam
na kolanach faceta.
- A co z
kolanami dziewczyny?
- Co? Nie!
Wolny uśmiech
pojawił się na jego twarzy. – Żartowałem, Avery.
Zacisnęłam
zęby. – Wiem, po prostu…
- Co? – Znowu
mnie szturchnął. – Ty co?
Otworzyłam
usta i zdarzył się najgorszy rodzaj słownych wymiocin. – Nigdy nie byłam w
związku. – W chwili, w której te słowa wyszły z moich ust, chciałam kopnąć się
w pierś. Kto przyznawał to nieznajomemu? Ściskając krawędzie mojego zeszytu,
zerknęłam na Cama. Patrzył na mnie, jakbym właśnie powiedziała, że jestem
Maryją Dziewicą. Piekły mnie policzki. – Co? To nic wielkiego.
Zamrugał i
potrząsnął głową, odwracając się do nieba. – Nigdy nie byłaś w związku?
- Nie. –
Wierciłam się, zażenowana na maksa, jakbym otworzyła swoją duszę.
- Nic?
- To właśnie
oznacza nie.
Cam otworzył
usta, a potem je zamknął. – Ile masz lat?
Przewróciłam
oczami, drgając. – Dziewiętnaście.
- I nie byłaś
w ani jednym związku? – zapytał znowu.
- Nie. –
Papier zaczął gnieść się pod moimi palcami. – Moi rodzice… byli surowi. – Jakie
kłamstwo, ale brzmiało wiarygodnie. – Naprawdę
surowi.
- Widzę. –
Cam stuknął moim długopisem w swój notatnik. – Więc byłaś na randce czy coś?
Wzdychając,
przesunęłam wzrok na moją kartkę. – Myślałam, że mieliśmy sporządzać mapę
gwiazd?
- Robimy to.
- Nie, nie
robimy. Mam tylko krzywą linię, a ty nie masz nic.
- Ta krzywa linia jest pomiędzy Deltą i
Gammą. – Pochylił się, łącząc dwie kropki. – Tutaj jest Teta, a to jest Alfa –
najjaśniejsza gwiazda. Widzisz, w połowie skończyliśmy.
Zmarszczyłam
brwi, gdy podniosłam wzrok, odnajdując wzór gwiazd na niebie. Do diabła, dobrze
mu to wychodziło. Wtedy znowu się pochylił, jego ramię przyciskało się do
mojego, kiedy dorysował idealną linię do kolejnej kropki na mapie. Zagryzłam
wargę, gdy on dalej kończył mapę bez choćby raz podniesienia wzroku lub
spojrzenia na mapę gwiazd. Byłam dotkliwie świadoma tego jak ciepłe było jego
ramię nawet przez dwie warstwy ubrania. Ciepło z kontaktu rozeszło się w górę
mojego ramienia i przez klatkę piersiową, podnosząc moje ciśnienie.
Odwrócił
głowę w moją stronę. – Teraz skończyliśmy sporządzać mapę gwiazd.
Wzięłam nagły
wdech. Nasze twarze dzieliły centymetry i był on o wiele zbyt blisko. Mój wzrok
padł na jego usta. Były uniesione z jednej strony i ten dołeczek zaczął
pojawiać się na jego lewym policzku. Jest wargi zaczęły się ruszać, ale nie
usłyszałam słowa, z tego co powiedział. Chciałam się odsunąć, ale… nie
chciałam. Zdezorientowanie przeszło przez moje ciało, gdy walczyłam, żeby się
nie cofnąć… i nie przesunąć się bliżej. To tak, jakby było się złapanym
pomiędzy dwoma przeciwległymi magnesami.
Może powinnam
przestać gapić się na jego usta.
Brzmiało jak
dobry plan, ponieważ patrzenie na usta faceta było trochę dziwne, więc zmusiłam
się do podniesienia wzroku. O rany, zły ruch, ponieważ teraz wpatrywałam się w
te ściągające majtki oczy, jak odniósł się do nich Jacob wcześniej, kiedy
napisał. I Jacob miał rację. Założę się, że był zbiór porzuconych majtek w
ślad, gdzie poszedł Cam. Powinno być nielegalne dla chłopca, żeby miał rzęsy
tak gęste jak jego. Nawet w ciemności jego oczy były odcieniem dżinsu. W pewnym
stopniu znośne ciepło zmieniło się w niemal nieznośne gorąco, gdy
rozprzestrzeniło się w moich żyłach.
Znowu się
wierciłam, nie mogąc sobie przypomnieć bym czuła się tak od dłuższego czasu.
Przynajmniej nie od imprezy Halloweenowej. Może przedtem. Na pewno przedtem.
Było po prostu coś w Camie, co tak jakby sprawiało, że zapomniałam o wszystkim
oprócz tego, co działo się w tym momencie. Brzmiało normalnie. Lubiłam to w
przeważającej części.
- Słuchasz
mnie?
Zamrugałam
powoli. – Co? Tak! Tak. Całkowicie.
Jego uśmiech
stał się znaczący, a ja chciałam wczołgać się pod ciernisty krzak. – Taa… więc nie
byłaś na randce?
- Co?
Cam cicho
zachichotał. – Naprawdę w ogóle mnie nie słuchałaś. Byłaś zbyt zajęta gapieniem
się na mnie.
- Wcale nie!
– Cała twarz mnie piekła z tym małym kłamstwem i pośpiesznie skupiłam się tam,
gdzie była para. Już ich nie było.
Trącił moje
ramię. – Tak, gapiłaś.
Potarłam
twarz. – Jesteś poza dopuszczalnym poziomem arogancji.
- Arogancji?
Jedynie stwierdzam prawdę. – Cam rzucił swój zeszyt na ziemię i oparł się o
łokcie, przyglądając mi się spod opuszczonych rzęs. Ten cholerny, nieznośny
przekrzywiony uśmiech był na jego twarzy. – Nie ma nic złego z gapieniem się na
mnie. Lubię to.
Otworzyłam
szeroko usta. Jak, do diabła, miałam na to odpowiedzieć? – Nie gapiłam się na
ciebie. Nie tak naprawdę. Tak jakby… odpłynęłam. Tak właśnie ekscytujące jest z tobą rozmawianie.
- Wszystko we
mnie jest ekscytujące – odpowiedział.
- Tak
ekscytujące jak patrzenie, jak twój żółw przechodzi przez drogę.
- Mhm.
Wmawiaj to sobie dalej, kochanie.
- Dalej
nazywaj mnie kochaniem, a będziesz kulał.
Oczy Cama się
rozszerzyły. – Och, słuchaj siebie.
- Nieważne.
- Powinniśmy
to zrobić.
Mój umysł
pomknął prosto tam, gdzie iść nie powinien i moja skóra zaczęła piec. – Co
zrobić? Iść do domu? Chcę iść do domu, już teraz.
- Iść na
randkę.
Widocznie
przegapiłam ważną część tej rozmowy. Zamknęłam zeszyt i sięgnęłam za siebie,
łapiąc torbę. – Nie jestem pewna, czy nadążam za tą rozmową.
- Naprawdę
nie jest tak skomplikowana. – Zaśmiał się, kiedy posłałam mu spojrzenie. –
Powinniśmy iść na randkę.
Poczułam
żołądek w gardle, gdy na niego spojrzałam. Wyglądał na tak zadowolonego, w
połowie rozłożony na ziemi. Czy on żartował? Naćpał się? Włożyłam zeszyt do
torby, razem z długopisem. – Nie rozumiem.
Cam położył
się i wyciągnął ramiona nad głowę, powodując, że jego koszulka podjechała i
ukazała kawałek opalonej skóry i dwa wgłębienia po każdej stronie jego bioder…
dobry Boże. Odwróciłam wzrok i wzięłam olbrzymi łyk powietrza.
- Zwykle
pójście na randkę jest wtedy, kiedy dwoje ludzi wychodzi wieczorem lub czasami
w ciągu dnia. Naprawdę, to może być o każdej porze dnia czy nocy. Zazwyczaj
obejmuje kolację. Czasem film lub spacer do parku. Choć ja nie chodzę na
spacery do parku. Może na plażę, ale skoro nie ma żadnych…
- Wiem, co to
randka – warknęłam, podnosząc się na nogi.
On pozostał
na ziemi i nie wyglądał jakby miał się ruszyć w najbliższym czasie. Powinnam
wziąć własne auto. – Powiedziałaś, że nie rozumiesz – zauważył odważnie. – Więc
wyjaśniam, co oznacza randka.
Sfrustrowana…
i niechętnie rozbawiona skrzyżowałam ramiona. – To nie tej części nie
rozumiałam i ty to wiesz.
- Po prostu
upewniałem się, że chodzi nam o to samo.
- Nie chodzi.
Cam obniżył
ramiona, ale wciąż był odstęp pomiędzy jego koszulką a dżinsami. Miał na sobie
bieliznę? Widziałam tylko skórzany pasek i dżinsy. Dobra. Nie potrzebuję
zaczynać o tym myśleć. – Więc teraz, kiedy obydwoje wiemy z czym wiąże się
randka, powinniśmy na taką iść – powiedział.
- Uch…
Cam zaśmiał
się, siadając w jednej płynnej chwili. – To nie bardzo odpowiedź, Avery.
- Ja… - Randka?
Randka z Cameronem Hamiltonem? Dwie rzeczy urosły w jednej chwili: niepokój i
zainteresowanie. Cofnęłam się o krok, kładąc dystans pomiędzy mną a nim, i
wszystkim innym. – Nie masz dziewczyny?
Jego brwi
uniosły się w zaskoczeniu i roześmiał się. – Dziewczynę? Nie.
- Więc kim
była ta brunetka zataczająca się z twojego mieszkania w środową noc? –
zapytałam.
Uśmiech Cama
rozszerzył się do szerokiego uśmiechu. – Obserwowałaś mnie, Avery?
- Nie. Nie!
Co? Nie obserwowałam cię. Mam życie.
Wygiął brew.
– Więc skąd wiesz o Stephanie?
- To jej
imię?
- Cóż, tak,
ma ona imię i nie, nie jest ona moją dziewczyną. – Przekrzywił głowę na bok,
przyglądając mi się. – I nie zataczała się. Może powłóczyła nogami.
Wywróciłam
oczami.
- Więc jak ją
widziałaś, skoro mnie nie obserwowałaś? – zapytał, krzyżując kostki. – I nie
mam nic przeciwko pomysłowi, że mnie obserwowałaś. Pamiętaj, lubię to.
Zmusiłam się
do wzięcia głębokiego, powolnego oddechu zanim mogłabym podejść i kopnąć go w
nogę. – Nie obserwowałam cię. Nie mogłam spać i patrzyłam przez okno w moim
salonie. Po prostu zdarzyło mi się
zobaczyć jak odprowadzasz ją do jej auta.
- To ma sens.
Bynajmniej nie tak zabawne jak ty stojąca przy oknie z nadzieją, że na mnie
zerkniesz.
Mogłam tylko
na niego się gapić.
Puścił oko, i
cholera, jeśli nie wyglądał przy tym dobrze. – Tak w ogóle to Steph nie jest
moją dziewczyną. Nie jesteśmy tacy.
Co znaczyło,
że najprawdopodobniej spotykali się dla seksu i nie było z tym nic złego. I
może tego właśnie chciał ode mnie z tą całą randką. Jacob byłby podekscytowany
słysząc to. Mentalna notka do siebie: nie mówić mu o tym. – Nie jestem taka.
- Jaka? –
zapytał.
Więc miał
zamiar zmusić mnie, żebym to przeliterowała. Oczywiście. Czemu nie? – Nie
jestem taka jak ona.
- Znasz ją?
Zmrużyłam
oczy. – Nie pieprzę się z facetami tylko dla zabawy, dobra? Nie widzę w tym nic
złego. W ogóle nie osądzam, ale to nie ja. Więc nie jestem zainteresowana.
Przykro mi.
- Poczekaj
chwilę. Jestem zdezorientowany. Nie osądzasz jej, ale założyłaś, że interesuje
się ona przypadkowym seksem? Że jest ona moją przyjaciółką od seksu? Czy nie
jest to tak jakby pochopne osądzanie oparte na założeniach?
A niech to,
miał rację. – Masz rację. Nie wiem czy tak z wami jest. Może jesteście tylko
kolegami z dzieciństwa czy coś.
- Nie
jesteśmy. – Psotny uśmiech powrócił. – Spotykamy się na seks, co jakiś czas.
Gapiłam się
na niego. – Miałam rację! Więc dlaczego oskarżyłeś mnie o bycie osądzającą?
- Po prostu
zwróciłem na to uwagę – odparł, oczy błyszczały mu jak te cholerne gwiazdy na
niebie. – A tak w ogóle, nie mieliśmy seksu środowej nocy. Nie to, że się nie
przymierzała do tego, ale ja tego nie czułem.
Pamiętałam
jak wyglądała dziewczyna i zastanawiałam się, jaki pełnokrwisty mężczyzna by
tego nie czuł. – Nieważne. To jest głupia rozmowa.
- Lubię tę
rozmowę.
Kręcąc głową,
pochyliłam się i sięgnęłam po torbę, ale Cam podniósł się na nogi i złapał ją,
zanim mogłabym złapać palcami pasek. Westchnęłam, wyciągając dłoń. – Daj mi ją.
- Staram się.
Posłałam mu
zdegustowane spojrzenie.
Chichocząc,
zrobił krok do przodu i przełożył pasek przez moje ramię. Jego palce musnęły
moją szyję, a ja nie mogłam powstrzymać ciała przed poskokiem na jego lekki
dotyk. Cofnął się i podniósł latarkę. – Widzisz? Zachowuję się tylko jak
dżentelmen.
- Nie sądzę,
że jesteś dżentelmenem – burknęłam, zaciskając palce na pasku. – Ale dziękuję.
Zabrał zeszyt
z ziemi i skierowaliśmy się tam, gdzie było zaparkowane jego auto, omijając
teraz pustą ławkę. Zapalił latarkę, gdy dotarliśmy do pola, oświetlając naszą
drogę. Sądzę, żeby udowodnić mi źle, otworzył mi drzwi, kiedy zatrzymaliśmy się
przy jego samochodzie. – Pani.
- Dziękuję –
powiedziałam, brzmiąc odrobinę bardziej wdzięcznie, niż przedtem.
Zamiast
zamknąć drzwi, Cam oparł się o samochód i położył rękę na krawędzi otwartych
drzwi. – Więc co z tym?
- Co z czym?
Przyjrzał mi
się z takim samym intensywnym zainteresowaniem, jak wcześniej. – Umów się ze
mną na randkę.
Zesztywniałam.
– Dlaczego?
- Dlaczego
nie?
- To nie jest
odpowiedź. – Szarpiąc pas bezpieczeństwa, zajęłam się jego zapięciem. Dłonie mi
się trzęsły, dlatego wciąż chybiałam zatrzask.
- Co to było
za pytanie? Jak mam… hej, to tylko pas. Nie tak mocno. – Pochylił się,
przejmując kontrolę. Jego dłonie musnęły moje, a ja przycisnęłam się do
siedzenia. Przerwał i spojrzał na mnie, te usta zazwyczaj uniesione zaczęły
opuszczać się w kącikach. Coś błysnęło w jego oczach. Nie wiedziałam, co to
było, ale zniknęło, kiedy zapiął pas. Jednak się nie odsunął. – Dlaczego nie
powinnyśmy iść na randkę?
Napięłam się
przy siedzeniu, ręce zacisnęły się w pięści na kolanach. To nie było tak, że było mi niewygodnie z nim tak
blisko. To było to, że było mi niewygodnie ze sposobem, w jaki zauważałam każdy
lekki dotyk skóry lub spojrzenie. – Ponieważ… ponieważ się nie znamy.
Jego wargi
znowu się uniosły. Zdecydowałam, że wolałam je takie od nachmurzonej miny. – O
to chodzi w randce. O poznawanie się nawzajem. – Oczy Cama pomknęły do moich
ust. – Umów się ze mną na randkę.
- Nie ma we
mnie nic do poznania. – Słowa wyszły w mocnym szepcie, kiedy moja klatka
gwałtownie się podniosła.
Przekrzywił
głowę na bok. – Jestem pewien, że jest wiele w tobie do poznania.
- Nie ma.
- Więc możemy
spędzić czas ze mną gadającym.
- Brzmi
fajnie.
- Och, będzie
bardziej ekscytująco niż patrzenie, jak Rafael przechodzi przez ulicę.
- Ha.
Uśmiechnął
się. – Tak myślałem, że ci się to spodoba.
Poczułam, jak
boczna kieszeń mojej torby zawibrowała raz przy mojej nodze. Wiadomość
tekstowa? Pewnie od Jacoba. Chciałam po nią sięgnąć, ale skończyłabym uderzając
głową o Cama. Nie chciałam tego powtarzać. – Możemy już jechać?
- Możemy iść
na randkę?
- Dobry Boże,
nie dajesz za wygraną.
- Nie.
Zaśmiałam
się, nie mogłam się powstrzymać, a jego uśmiech rozszerzył się w odpowiedzi na
dźwięk. – Jestem pewna, że jest wiele dziewczyn, które chciałyby iść z tobą na
randkę.
- Jest.
- Wow.
Skromny jesteś, co?
- Czemu
miałbym być? – odciął się. – A ja chcę iść na randkę z tobą. Nie z nimi.
- Nie
rozumiem dlaczego.
Jego ciemne
brwi się uniosły. – Mogę wymyślić kilka powodów. Nie jesteś jak większość
dziewczyn. To mnie interesuje. Jesteś niezdarna w ten naprawdę… uroczy sposób.
Jesteś mądra. Chcesz, żebym wymienił więcej?
- Nie. W
ogóle – powiedziałam szybko. Musiałam zdusić to w zarodku. Odsuwając reputację
na bok, był on kimś o wiele więcej, niż mogłabym kiedykolwiek mieć nadzieję do
poradzenie sobie. Będzie oczekiwał rzeczy, których nie mogę mu dać. Czasami
utrzymanie z nim rozmowy było wystarczająco trudne. – Nie chcę iść z tobą na
randkę.
Cam nie
wyglądał na zaskoczonego moją odpowiedzią czy niezrażony. – Domyśliłem się, że
to powiesz.
- Więc czemu
spytałeś?
W końcu – dzięki Bogu – odsunął się i złapał bok
drzwi. – Bo chciałem.
- Och. Cóż.
Dobrze. Cieszę się, że pozbyłeś się tego z systemu.
Zmarszczył
brwi. – Nie pozbyłem się tego z systemu.
O nie. – Nie?
- Nie. –
Błysnął czarującym uśmiechem. – Zawsze jest jeszcze jutro.
- Co jest
jutro?
- Znowu cię
zapytam.
Pokręciłam
głową. – Odpowiedź będzie taka sama.
- Może. Może
nie. – Wyciągnął rękę i stuknął czubek mojego nosa. – I może powiesz tak.
Jestem cierpliwym facetem i, hej, jak sama powiedziałaś, nie daję łatwo za
wygraną.
- Świetnie –
mruknęłam, ale… o rany, miałam nieznane uczucie w klatce piersiowej.
- Wiedziałem,
że tak to zobaczysz. – Cam uszczypnął mnie w nos, a ja pacnęłam jego rękę. –
Nie martw się. Znam prawdę.
- Prawdę o
czym?
Cam cofnął
się. – Chcesz się zgodzić, ale po prostu nie jesteś gotowa.
Opadła mi
szczęka.
- To nic. –
Jego uśmiech stał się pewny siebie. – Trudno jest sobie ze mną poradzić, ale
mogę cię zapewnić, że będziesz się dobrze bawić radząc sobie ze mną.
Potem nim
mogłam wymamrotać odpowiedź godną tego oświadczenia, raz jeszcze stuknął mój
nos i zamknął mi drzwi przed twarzą.
#
Z powrotem w
moim mieszkaniu rzuciłam torbę na kanapę i opadłam obok niej. Iść na randkę z
Cameronem? Czy on oszalał? Musiał sobie żartować albo po prostu flirtował. W
drodze do domu już więcej o tym nie wspomniał, zamiast tego spędził czas męcząc
mnie o mój plan lekcji. Pytanie za pytaniem, wyciągnął każdy szczegół o zajęciach,
które brałam. Do czasu, kiedy dotarliśmy do budynku, byłam wyczerpana.
Pozwalając
głowie opaść na poduszkę, zamknęłam oczy. Serce biło mi dosyć szybko jak na
tylko siedzenie. Czy on był poważny z brakiem seksu ze Stephanie w środę?
Wydawało się to dla mnie dziwne, że nie, jeśli naprawdę rzucała się na niego.
Szczerze nie
miało to znaczenia.
Nie mogłam
mieć związków żadnego rodzaju. Może pewnego dnia. Mam nadzieję, że pewnego
dnia, bo nie chciałam być taka przez resztę życia. Ostatecznie chciałam być dziewczyną,
która ekscytowała się byciem zaproszoną na randkę zamiast dziewczyną, która
przychodziła do domu i robiła to.
Otwierając
oczy, jęknęłam. – Jestem Senior Kutafon. Albo Seniorita Kutafon.
Podniosłam
się na nogi i ruszyłam do sypialni, kiedy przypomniałam sobie o wibrującej
torbie. – Kurde.
Szybko
wracając do kanapy, sięgnęłam do bocznej kieszeni i wyciągnęłam komórkę.
Stuknęłam ekran, całkowicie spodziewając się zobaczyć wiadomość od Jacoba lub
Brittany. Zamiast tego zobaczyłam nieodebrane połączenie i wiadomość głosową.
- Co, do
diabła?
Przejechałam
palcami po boku i zrozumiałam, że wyciszyłam cholerną rzecz. Przesuwając palcem
po ekranie, odblokowałam go i zobaczyłam, że połączenie było od NIEZNANEGO
NUMERU.
Zamarło we
mnie serce.
Nic się nie stało.
Pewnie pomyłka albo telemarketer. Przeszłam do strony z pocztą głosową i mój
palec wisiał nad przyciskiem usuwania. Przeszłość uniosła brzydką, zgorzkniałą
głowę. Mój numer był nowy, tak jak email…
Znowu
przeklęłam.
Biorąc
głęboki wdech, przycisnęłam wiadomość i podniosłam ją do ucha. Była cisza, a
potem zgrzytliwy, nie do odróżnienia głos zabrzmiał przez telefon. – Wiesz co
dzieje się z kłamczuchami i zdzirami? Dostają duże, grube…
Krzycząc,
przycisnęłam przycisk usuwania nim mogłabym usłyszeć więcej. Rzuciłam komórkę
na kanapę, zamiast rzucić nią w ścianę i odsunęłam się, jakby to była jakaś
jadowita istota przysadzona na poduszkach.
Jakakolwiek
metoda komunikacji mogła stać się szkodliwa. Czy już nie wiedziałam tego z
pierwszej ręki? Opuścił mnie zduszony śmiech. Naprawdę, nie mieli oni nic
lepszego do roboty? To było pięć lat. Pięć lat! Nie mogli dać odejść
przeszłości.
Tak jak w
głębi duszy ja też nie mogłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz