wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 16

Kiedy przybył chleb oraz nasze napoje i zostały one ułożone na lśniącym kwadratowym stoliku pomiędzy nami, lepiej zapanowałam nad swoim oddychaniem. Zdenerwowanie wróciło w drodze do restauracji, choć Cam wydawał się nie zauważyć i był całkowicie swobodny.
Spędziłam zbyt wiele czasu wpatrując się w menu, opierając się pokusie żeby zacząć gryźć moje ładne paznokcie.
Cam szturchnął mnie nogą pod stołem i podniosłam wzrok. – Co?
Wskazał na moją lewą i zobaczyłam stojącego tam, uśmiechającego się kelnera. – Och, um, czy mogę wziąć… - Wybrałam pierwszą rzecz, na której skupiłam wzrok. – Marsalę z kurczaka?
Kelner zapisał, potem Cam zamówił stek średnio krwisty z sałatką i pieczonego ziemniaka. Gdy kelner odszedł, Cam wziął chleb. – Chcesz kawałek?
- Pewnie. – Miałam nadzieję, że się nim nie zakrztuszę. Patrzyłam jak kroi kawałek na pół po czym smaruje go masłem. – Dziękuję.
Podniósł brew, ale nic nie powiedział, kiedy skubałam chleb, maleńkie kawałki za każdym razem. Dręczyłam mózg w poszukiwaniu czegoś do powiedzenia. Nawet nie musiało być to interesujące. Po prostu musiałam się odezwać. Z jakiegoś powodu pojawiła się rozmowa, którą miał z Olliem i się jej złapałam. – Grasz w jakieś sporty?
Cam zamrugał, jakby zaskoczony.
Zarumieniłam się. – Przepraszam. To przypadkowe.
- To nic. – Powoli żuł chleb. – Kiedyś grałem.
Wdzięczna że współgra, trochę się rozluźniłam. – Jaki sport?
Odciął kolejny kawałek chleba. – Grałem w piłkę nożną.
- Naprawdę? – Czemu wszyscy piłkarze byli seksowni? Było to jakieś uniwersalne prawo piłki nożnej? – Jaka pozycja?
Chociaż wiedziałam, że Cam pewnie podejrzewał, że nic nie wiem o piłce nożnej, ciągnął to. – Byłem napastnikiem, co jest środkową pozycją gracza.
- Och! – Pokiwałam głową, jakbym wiedziała co to znaczyło.
Cam błysnął tym dołeczkiem. – Znaczy to, że zdobywałem dużo punktów.
- Więc byłeś dobry?
- Byłem przeciętny. Musiałem być szybki, więc było dużo biegania.
Tylko tyle wiedziałam o piłce nożnej – dużo biegania. – Grałeś w liceum?
- Liceum i na pierwszym roku w college’u.
Odważyłam się na kolejny kęs chleba. Jak na razie jest dobrze. – Czemu przestałeś?
Cam otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Patrząc ponad moim ramieniem, minęło kilka chwil aż wzruszył ramionami. – Po prostu już nie chciałem tego robić.
Byłam królową dawania wymijających odpowiedzi, więc poznawałam taką, kiedy ją usłyszałam. I chciałam kopać głębiej i dowiedzieć się więcej, ale podałam taką samą kiepską odpowiedź, kiedy zapytał mnie o tańczenie. Nie bardzo byłam w pozycji, żeby naciskać.
Jego ekstremalnie jasne spojrzenie spoczęło na mnie i w słabym oświetleniu poczułam jak moja twarz staje się ciemnoróżowa. Jezu, musiałam przestać się rumienić.
Zachichotał, a ja chciałam rzucić sobie chlebem w twarz. – Avery…
- Cam?
Pochylił się nad stołem, a mała świeczka po środku posłała na jego twarz tańczące cienie. – Nie musisz się tak denerwować.
- Nie denerwuję.
Podniósł brwi.
Westchnęłam. – Dobra. Denerwuję się. Przepraszam.
- Czemu przepraszasz? Nie musisz. To twoja pierwsza randka.
- Dzięki za przypomnienie – mruknęłam.
Jego usta zadrgały, jakby chciał się uśmiechnąć. – To nie jest zła rzecz. Będziesz zdenerwowana.
- Ty nie jesteś.
- Ponieważ jestem fantastyczny.
Przewróciłam oczami.
Roześmiał się, a dźwięk był głęboki i bogaty. – Po prostu nie musisz być. Chcę tutaj z tobą być, Avery. Nie musisz zamartwiać się zrobieniem na mnie wrażenia czy zaimponowaniu mi. Już to zrobiłaś.
- To jest… - Pokręciłam głową, ignorując gulę w gardle. Wpatrywałam się w niego. – Jesteś po prostu taki… nie wiem. Wiesz co powiedzieć na…
- Na?
Odgarnęłam włosy, a potem opuściłam dłoń na kolano. Trzęsła się. – Po prostu mówisz prawidłową rzecz.
- To dlatego, że jestem…
- Fantastyczny – dokończyłam. – Wiem to.
Cam odchylił się. – Nie zamierzałem tego powiedzieć, ale cieszę się, że zaczynasz zdawać sobie sprawę z mojej fantastyczności.
- Więc co chciałeś powiedzieć?
- Że powiedziałem to, bo to prawda i chciałem.
- Dlaczego ja? – wymsknęło mi się i zamknęłam na chwilę oczy. – Okej. Nie odpowiadaj na to.
Wtedy przyszło jedzenie – dzięki Bogu – i rozmowa była powstrzymana… na około dwie minuty. – Odpowiem na to pytanie – powiedział Cam, spoglądając na mnie spod rzęs.
Chciałam położyć się twarzą na mojego nadziewanego kurczaka. – Nie musisz.
- Nie, sądzę, że muszę.
Zaciskając sztućce, wciągnęłam głęboki oddech. – Wiem, że to głupie pytanie, ale ty jesteś wspaniały, Cam. Jesteś miły i zabawny. Jesteś mądry. Odrzucałam cię przez dwa miesiące. Mogłeś umówić się z kimś innym, lecz jesteś tutaj ze mną.
- Tak, jestem.
- Z dziewczyną, która nigdy wcześniej nie była na randce – dodałam, patrząc na niego dokładnie. – Po prostu nie wydaje się to prawdziwe.
- Dobra. – Odciął kawałek steka. – Jestem tutaj z tobą, bo chcę tego – bo cię lubię. Ach… daj mi skończyć. Już ci powiedziałem. Jesteś inna – w dobry sposób, więc przestań tak patrzeć.
Zmrużyłam oczy.
Uśmiechnął się. – Przyznam się, czasami kiedy cię pytałem, wiedziałem, że się nie zgodzisz. I może kiedy nie zawsze byłem poważny, gdy to robiłem, to zawsze mówiłem poważnie o chęci umówienia się z tobą. Rozumiesz?
Um, nie bardzo, ale potaknęłam.
- I lubię spędzać z tobą czas. – Wrzucił kawałek steka do buzi. – I hej, myślę, że jestem całkiem dobrą partią na twoją pierwszą randkę.
- O mój Boże. – Roześmiałam się. – Nie mogę uwierzyć, że właśnie powiedziałeś, że jesteś dobrą partią.
Wzruszył jednym ramieniem. – Jestem. Teraz zjedz kurczaka, zanim ja to zrobię.
Uśmiechając się, zaczęłam go odchylać, najpierw zajmując się farszem. Z wyjątkiem zadania głupiego pytania, moja pierwsza randka szła dobrze. Cam zaczął kierować pytaniami i nie siedziałam tam niemo. Choć od czasu do czasu nasze spojrzenia się spotykały i zapominałam, co robiłam albo kompletnie gubiłam się w tym, co mówił. Ale dobrze się bawiłam. A najlepsza część? Nie myślałam o niczym poza tym, co działo się teraz. Byłam po prostu… tutaj i było to miłe miejsce.
Pod koniec kolacji Cam zapytał. – Więc co robisz na Święto Dziękczynienia? Jedziesz do Teksasu?
Prychnęłam. – Nie.
Zmarszczył brwi. – Nie jedziesz do domu?
Kończąc kurczaka, pokręciłam głową. – Zostaję tutaj. Ty jedziesz do domu?
- Jadę do domu, ale jeszcze nie jestem pewien kiedy. – Podniósł swoją szklankę. – Poważnie nie jedziesz w ogóle do domu? To więcej niż tydzień – dziewięć dni. Masz czas.
- Moi rodzice… podróżują, więc zostaję tutaj. – Nie było to wielkie kłamstwo. W tej porze roku, pomiędzy Świętem Dziękczynienia a Bożym Narodzeniem moi rodzice brali rejsy wycieczkowe albo wybierali się na narty. – Twoi rodzice robią duże obiady na Święto Dziękczynienia?
- Ta – mruknął, jego wzrok opadł na pusty talerz.
Rozmowa po tym ucichła, a kiedy przyszedł rachunek Cam nie wydawał się chcieć zostać. Nocne powietrze było bardziej niż chłodne i nasze oddechy uformowały puszyste, mgliste białe chmurki. Przyszedł gwałtowny wiatr, podnosząc moje włosy i rzucając mi je na twarz. Zadrżałam, owijając się kurtką.
- Zimno?
- To nie Teksas – przyznałam.
Cam zachichotał i zbliżył się, oplatając ramieniem moje barki. Ciepło jego ciała natychmiast przeszło na mnie i bardzo mocno się starałam, żeby nie napiąć się i przewrócić jak długa na tyłek. – Lepiej? – zapytał.
Mogłam tylko skinąć głową.
Już poza brutalnym wiatrem, zapięłam pas bezpieczeństwa. Cam wsiadł do środka, zapalił silnik, po czym złączył dłonie, pocierając je. Zerknął na mnie. – Miałaś dobrą kolację?
- Tak. I dziękuję za jedzenie. To znaczy, kolację. Dziękuję – Pogubiłam się w słowach, zamykając oczy. – Dziękuję.
- Nie ma za co. – Rozbawienie zabarwiło jego ton. – Dziękuję, że w końcu zgodziłaś się na randkę.
Potem włączył radio, nie wystarczająco głośno, żebyśmy nie mogli rozmawiać, ale byłam zbyt zajęta skupieniem się na ważnych rzeczach. Gdzieś pomiędzy Hagerstown a University Heights podjęłam ekstremalnie ważną decyzję.
Jeżeli Cam mnie pocałuje, nie będę wariować.
Nie. Nie. Nie.
Zachowam się jak pieprzona dziewiętnastolatka z jotą doświadczenia i nie będę wariować. Jednakże może mnie nie pocałuje. Mógł w pewnym momencie naszej randki zdać sobie sprawę, że nie jestem warta całowania i zwieje do swojego mieszkania, żeby spędzić trochę czasu z Olliem oraz Rafaelem. I jeśli tak, to wszystko byłoby okej. Ja byłabym okej.
Lecz kiedy wróciliśmy do naszego bloku i dotarliśmy na piąte piętro, uświadomiłam sobie, że jeszcze nie chcę, żeby wieczór się skończył. Zatrzymaliśmy się przy moich drzwiach, a ja odwróciłam się do niego, wykręcając palce na pasku mojej torebki.
Jego usta uniosły się z jednej strony. – Więc…
- Chciałbyś wejść? Żeby czegoś się napić? Mam kawę albo gorącą czekoladę. – Gorącą czekoladę? Poważnie? Miałam dwanaście lat? Niech mnie szlag. – Nie mam żadnego piwa czy czegoś innego…
- Gorąca czekolada byłaby dobra – wtrącił. – Tylko jeśli masz taką z tymi małymi piankami.
Moje wargi rozszerzyły się w uśmiechu i nie obchodziło mnie, jak duże lub głupio to wyglądało. – Mam.
- Zatem prowadź, kochanie.
Z walącym sercem wpuściłam nas do mieszkania i zapaliłam lampę przy kanapie. Zrzucając kurtkę, ruszyłam do kuchni. Cam siedział na kanapie, podczas gdy ja zrobiłam nam gorącą czekoladę. Kiedy woda się podgrzewała, ściągnęłam buty. Przyniosłam dwa parujące kubki.
- Dziękuję. – Wziął jeden. – Mam dla ciebie pytanie.
- Okej. – Usiadłam do niego przodem, wsuwając pod siebie nogi.
Upił łyk. – Opierając się na doświadczeniu twojej pierwszej randki, poszłabyś na drugą?
Przyjemne uczucie zanuciło w mojej piersi. – Drugą, ogólnie mówiąc?
- Ogólnie mówiąc.
Wzruszyłam ramionami, po czym spróbowałam trochę gorącej czekolady. – Cóż, to była bardzo dobra pierwsza randka. Jeśli drugie randki takie są, to sądzę że mogłabym.
- Hmm. Z kimkolwiek czy…?
Spuściłam rzęsy. – Nie z kimkolwiek.
- Więc musiałby być to ktoś szczególny?
Przyjemne uczucie rozprzestrzeniło się w kończynach. – Myślę, że tak.
- Interesujące – mruknął, biorąc kolejny łyk. Kiedy na mnie spojrzał, jego oczy pozytywnie migotały. Chryste. Byłam udupiona. Oczy do mnie migotały. – Czy ten ktoś szczególny będzie musiał czekać kolejne dwa miesiące, jeśli będzie chciał się z tobą umówić?
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, dlatego napiłam się. – Zależy.
- Od?
- Mojego humoru.
Cam zachichotał. – Przygotuj się.
- Dobra.
- Mam zamiar znowu się z tobą umówić – nie na kolację, bo lubię zmieniać rzeczy. Na kino.
Udawałam, że nad tym myślę, ale już wiedziałam że się zgodzę. Mógł być to głupi ruch lub bezcelowy, ale chciałam iść z nim na kolejną randkę. – Kino?
Skinął głową. – Ale to kino dla zmotoryzowanych, jedno z ostatnich.
- Na zewnątrz?
- Tak. – Jego uśmiech się powiększył. – Nie martw się. Ocieplę cię.
Nie wiedziałam czy powinnam zachichotać, czy powiedzieć mu, że ostatnie oświadczenie było uroczo oklepane. – Okej.
Podniósł brwi. – Okej na kino?
Zagryzając wargę, pokiwałam głową.
- Poważnie nie zajmie mi to kolejnych dwóch miesięcy?
Potrząsnęłam głową.
Cam odwrócił wzrok, śmiejąc się pod nosem. – Dobra. Co powiesz na środę?
- Następną środę?
- Nie.
Położyłam gorącą czekoladę na stoliku do kawy. – Następującą środę?
- Tak.
Odliczając dni, skończyłam na zmarszczeniu brwi. – Chwila. To środa przed Świętem Dziękczynienia.
- Tak.
Gapiłam się na niego. – Cam, nie jedziesz do domu?
- Jadę.
- Kiedy? Po kinie w środku nocy czy w poranek Dziękczynienia?
Pokręcił głową. – Widzisz, kino dla zmotoryzowanych jest niedaleko mojego miasta. Około dziesięć mil.
Oparłam się o kanapę, zdezorientowana. – Nie rozumiem.
Cam skończył gorącą czekoladę i przekręcił się w moją stronę. Przybliżył się tak, że dzieliła nas tylko garstka centymetrów. – Jeśli pójdziesz ze mną na tę randkę, będziesz musiała pojechać ze mną do domu.
- Co? – pisnęłam, siadając prosto. – Jechać z tobą do domu?
Zacisnął usta i skinął głową.
- Jesteś poważny?
- Poważny jak moja przekłuta błona bębenkowa – powiedział. – Jedź ze mną do domu. Będzie fajnie.
- Jechać z tobą do domu… to domu twoich rodziców? W zasadzie na Święto Dziękczynienia? – Gdy znowu potaknął, walnęłam go w ramię. – Nie bądź głupi, Cam.
- Nie jestem głupi. Jestem poważny. Moi rodzice nie będą mieli nic przeciwko. – Urwał, marszcząc nos. – Tak naprawdę, pewnie będą się cieszyć widząc kogoś innego niż mnie. A moja mama lubi gotować o wiele zbyt dużo jedzenia. Im więcej buzi, tym lepiej.
Nie miałam żadnych słów.
- Możemy wyjechać kiedy tylko będziesz chciała, ale oczywiście przed środowym popołudniem. Kończysz resztę swojej czekolady? – Gdy pokręciłam głową, wziął mój kubek. – I w każdej chwili możemy wrócić.
Patrzyłam jak wypija resztę mojej czekolady. – Nie mogę z tobą jechać.
Podniósł brwi. – Czemu nie?
- Z setki oczywistych powodów, Cam. Twoi rodzice pomyślą…
- Nic nie pomyślą.
Posłałam mu spojrzenie.
Westchnął. – Dobra. Spójrz na to w ten sposób. To lepsze niż siedzenie samej w domu przez cały tydzień. Co będziesz robić? Siedzieć i czytać? I tęsknić za mną, bo będziesz za mną tęsknić. A wtedy ja spędzę większość czasu pisząc do ciebie i czując się źle, że siedzisz całkiem sama w domu i nawet nie możesz zjeść McDonalda, bo są zamknięci w Dziękczynienie.
- Nie chcę, żebyś się nade mną użalał. To nic wielkiego. Nie mam problemu z pozostaniem tutaj.
- Nie chcę, żebyś siedziała tutaj sama, a ty robisz z tego wielką sprawę. Jestem przyjacielem proszącym przyjaciółkę żeby pojechała spędzić ze mną czas podczas przerwy na Dziękczynienie.
- Jesteś przyjacielem, który właśnie zabrał przyjaciółkę na randkę!
- Ach – powiedział, odstawiając mój kubek. – Racja.
Potrząsając głową, podniosłam poduszkę i przycisnęłam ją do piersi. – Nie mogę tego zrobić. Odwiedzanie rodziny na święta? To zbyt…
- Szybkie? – podsunął.
- Tak. Zbyt szybkie.
- W takim razie myślę, że dobrze że się nie spotykamy, bo tak, to byłoby zbyt szybkie, w takim wypadku.
- Co, co?
Cam zabrał poduszkę i rzucił ją za siebie. – Ty i ja jesteśmy dwójką przyjaciół, która poszła na jedną randkę. Może dwie, jeśli ze mną pojedziesz. Nie chodzimy ze sobą. Jesteśmy tylko przyjaciółmi, którzy mieli jedną randkę. Więc pojedziemy do mojego domu jako przyjaciele.
Kręciło mi się w głowie. – Mówisz bez sensu.
- Mówię z idealnym sensem. Nawet się nie pocałowaliśmy, Avery. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Gapiłam się na niego.
Wzruszył jednym ramieniem. – Jedź ze mną do domu, Avery. Obiecuję ci, że to nie będzie niezręczne. Moi rodzice się ucieszą. Będziesz się dobrze bawić i będzie to lepsze niż to, co będziesz tutaj robić. I nic, absolutnie nic nie będzie od ciebie oczekiwanie. Dobra?
Słowo ukształtowało się na moim języku, ale z jakiegoś powodu nie wyszło z moich ust. Myśli biegły od rozważania pomysłu do powiedzenia mu wprost, że jest obłąkany. Jechać z nim do domu? To było… o wiele lepsze niż spędzenie Dziękczynienia samej. Było wystarczająco źle, kiedy mieszkałam w domu, a moi rodzice wyjeżdżali z miasta beze mnie, ale przynajmniej pokojówka zrobiła mi kolację z indykiem. Pani Gibson. Piekła mi indyka przez ostatnie trzy lata. I czy McDonald naprawdę będzie zamknięty? Rany, do bani. Ale pojechanie z Camem do domu było szalone. Jego rozumowanie nie miało absolutnie sensu. Było to rozumowanie do tyłu czy coś. To było lekkomyślne i takie inne od tego, co kiedykolwiek zrobiłam.
Inne od tego, co kiedykolwiek zrobiłam.
Podniosłam wzrok, spotykając jego spokojne spojrzenie. Jego oczy… były takim zadziwiającym odcieniem błękitu. Naprawdę brałam to pod uwagę? Serce zaczęło walić mi w piersi. Przełknęłam ślinę. – Twoim rodzicom naprawdę nie będzie to przeszkadzać?
Coś błysnęło w jego oczach. – Już wcześniej zabierałem przyjaciół do domu.
- Dziewczyny?
Pokręcił głową.
Cóż, to… było interesujące. – A twoi rodzice poważnie będą myśleć, że jesteśmy tylko przyjaciółmi?
- Czemu miałbym mieć powód, by powiedzieć im że się nie umawiamy, gdyby tak było? Jeśli powiem, że jesteśmy przyjaciółmi, to właśnie tak pomyślą.
Każda logiczna część mnie krzyczała nie. – Dobra. Pojadę z tobą do domu. – Kiedy słowa już wyszły, nie mogłam ich wycofać. – To szalony pomysł.
- To doskonały pomysł. – Wolny uśmiech pojawił się na jego ustach. – Przytulmy się na to.
- Co?
- Przytulmy się na to. – Ten błysk w jego oczach się powiększył. – Kiedy się na to przytulisz, nie możesz tego wycofać.
- O mój Boże, mówisz poważnie?
- Bardzo poważnie.
Przewracając oczami, burknęłam, podnosząc się na kolana i wyciągając ramiona. – W porządku, przytulmy się na przypieczętowanie naszej umowy, zanim zmienię… - Słowa skończyły się na pisku, gdy ramiona Cama oplotły mnie w talii i przyciągnął mnie do siebie. Wylądowałam siedząc obok niego, praktycznie na nim, z lewą nogą wplątaną pomiędzy jego kolana.
Cam przytulił mnie. Nie był to ciasny uścisk, nie taki, który byłby gdybyśmy stali, lecz fakt, że byliśmy w ten sposób, tak blisko miał bardzo mocny dla mnie efekt. – Umowa przypieczętowana, kochanie. Święto Dziękczynienia u Hamiltonów.
Powiedziałam coś na potwierdzenie, a kiedy się trochę odsunęłam, nasze twarze były idealnie na tej samej wysokości. I nagle zrozumiałam ten błysk w jego oczach. – Ty…
Zachichotał, a nisko w moim brzuchu zacisnęły się mięśnie. – Płynny ruch, co? Udało mi się cię tu przenieść. Musiałem mieć na to twoje słowo.
Walczyłam z uśmiechem. – Tak bardzo się mylisz.
- Mylę się we wszystkich dobrych sposobach. Muszę coś przyznać. – Przeciął tę maleńką odległość, którą pomiędzy nami położyłam. Jego usta musnęły mój policzek i musiałam bardzo się starać, by się skoncentrować. – Skłamałem wcześniej.
- Na temat?
Przesunął dłonie na dół moich pleców. – Kiedy powiedziałem, że wyglądasz świetnie? Nie byłem do końca szczery.
Nie tego się spodziewałam. Leciutko odwróciłam głowę, a wtedy powstrzymałam sapnięcie. Nasze usta dzieliły centymetry i pomyślałam o pewności Brit, że dzisiaj on mnie pocałuje. Zmusiłam język do pracy. – Nie myślisz, że wyglądam świetnie?
- Nie – powiedział z poważnym wyrazem twarzy, gdy jedna ręka biegła mojego kręgosłupa, opierając się pod końcówkami moich włosów. Zniżył głowę, tak że jego skroń przyciskała się do mojej. – Wyglądasz dzisiaj pięknie.
Zaparło mi dech. – Dziękuję.
Nic nie powiedział, przesuwając głowę. Jego wargi musnęły kształt mojego policzka, a ja zesztywniałam w jego ramionach. Serce rzucało się w podekscytowaniu i innym rodzajem emocji. Strachem? Czy to czułam w gardle? Przyszło znikąd, surowe i silne. Mieszanka obydwu, potrzeba pozostania tam gdzie byłam i odsunięcia się była nieposkromiona.
Usta Cama przesunęły się po wgłębieniu policzka, a potem jego nos musnął mój. Jego oddech był ciepły przy moich ustach i pachniał słodką czekoladą. Czy tak będzie smakowało? Wzrosła ciekawość i wyciągnęłam dłonie, kładąc je na jego bicepsach.
- Avery?
Zamknęłam oczy. – Co?
- Nigdy wcześniej nie byłaś całowana, nie?
Tętno gwałtownie mi przyspieszyło. – Nie.
- Żeby było jasne – powiedział. – To nie jest pocałunek.
Otworzyłam usta i nagle jego były na moich. Słodkie przesunięcie jego warg po moich, oszałamiająco delikatne i miękkie, i o wiele zbyt szybkie.
- Pocałowałeś mnie – wysapałam, wbijając palce w jego sweter.
- To nie był pocałunek. - Jego usta musnęły moje, kiedy mówił. Ciarki przeszły wzdłuż mojego kręgosłupa. – Pamiętasz? Jeśli się pocałujemy, oznaczać to będzie, że jechanie ze mną do domu potencjalnie będzie oznaczać coś poważniejszego.
- Och. Okej.
- To też nie jest pocałunek.
Nacisk jego ust za drugim razem pochłonął mnie, obudził. Myślałam tylko o jego wargach, tylko o nich chciałam myśleć. Cudowne ciepło zsunęło się po mojej szyi, rozprzestrzeniając się po klatce piersiowej a potem niżej, pomiędzy uda. Całował mnie delikatnie, śledząc zarys moich ust własnymi. Coś głębokiego wewnątrz mnie rosło, otwierało się i bolało. Chwyciłam się go, gdy się przesunął i niespodziewanie leżałam na plecach.
Cam pochylał się nade mną, silne mięśnie jego ramion napinały się pod moimi dłońmi. Jego usta wciąż były na moich. Żadna inna część naszych ciał się nie dotykała i nie byłam pewna czy powinnam czuć przez to ulgę, czy rozczarowanie. Ale jego wargi… o Boże, jego wargi poruszały się na moich. Zaczęłam odwzajemniać pocałunek, wolniej i niezdarnie, kiedy jego były pewne, doświadczone. Martwiłam się, że robię to źle, ale wtem głęboki dźwięk zabrzmiał od niego, niemal warknięcie i instynktownie wiedziałam, że był to dźwięk aprobaty. Dreszcz przeszedł przez całe moje ciało. Ból rozprzestrzeniał się, nasilał i było to przerażające na swój własny sposób.
Jego pocałunek się pogłębił, nakłaniając moje usta do otwarcia. Zakręciło mi się w głowie, kiedy jego język się wsunął, liżąc mój. Sapnęłam w odpowiedzi na uczucie, a jego język badał głębiej. Wpadłam w pocałunek, zaciskając palce i wyginając szyję. Smakował czekoladą i mężczyzną, a ja wychodziłam ze skóry, gdy pożądanie mieszało się w podbrzuszu, nastąpione przez wybuch łagodnej paniki. Odeszła, gdy jego język przesunął się po moim podniebieniu. Kiedy znowu podniósł głowę, złapał moją dolną wargę pomiędzy zęby, a mnie opuścił zadowolony jęk. Obydwoje ciężko oddychaliśmy.
- Wciąż nie pocałunek? – zapytałam.
Cam usiadł prosto, podciągając mnie do pozycji siedzącej. Jego oczy były intensywnie niebieskie, gorące i palące. Czułam się cała zarumieniona. Moja pierś szybko wznosiła się i opadała. Dłonie wciąż trzymałam na jego ramionach. Wyciągnął rękę, obrysowując kształt mojej dolnej wargi i znowu się pochylił.

- Nie, to nie był pocałunek. – Jego wargi musnęły moje w najbardziej kuszącym, obiecującym sposobie. – To było dobranoc. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz