Dwie rzeczy miały miejsce w dniu
Bożego Narodzenia. Mój ojciec napisał do mnie „Merry Xmas”. Xmas. Nawet nie mógł napisać Bożego
Narodzenia. Takie osobiste. Też cię kocham, tato.
I spadł śnieg tego wieczora.
Nigdy nie widziałam, żeby padało w
Boże Narodzenie.
Łapiąc się tycieńkiego przypływu
podekscytowania, założyłam kurtkę oraz parę grubych botków, po czym wyszłam z
mieszkania. Chociaż wiedziałam, że nikogo nie ma w ich mieszkaniu, nawet
Olliego, zerknęłam na ich drzwi, kiedy doszłam do schodów. Zastanawiałam się,
kto zajmował się Rafaelem.
Ciężkie uczucie osiadło mi w piersi,
kiedy schodziłam po schodach a potem wyszłam spod markizy bloku. Sznurki
różnokolorowych światełek zwisały z niektórych okien mieszkań. Lampki
świąteczne z choinek świeciły z innych. Nie założyłam żadnych dekoracji. Nie
zdawało się to mieć żadnego sensu, ale zamówiłam sobie prezent pod choinkę.
Nową torbę kurierską – ze sztucznej
skóry. Nowa torba na nowy semestr.
Nie wiedziałam, gdzie zmierzałam, ale
znalazłam się na małym polu po drugiej stronie ostatniego budynku. Puszyste
białe płatki już zakurzyły ziemię i spadały grubo.
Wkładając ręce do kieszeni mojej
kurtki, odchyliłam głowę i zamknęłam oczy. Małe płatki opadły na moje policzki
i usta. Każdy mały kawałek był zimny oraz mokry. Stałam tam wystarczająco
długo, że jeśli ktoś patrzyłby przez okno, pomyślałby że straciłam cholerny
umysł, ale nie obchodziło mnie to.
Cam nie kontaktował się ze mną od
dnia z zakupami.
Nie, że oczekiwałam tego od niego,
ale w mojej piersi pojawiał się supeł ilekroć sprawdzałam komórkę, a od niego
nic nie było. Jak było to pokręcone? Powiedziałam mu, że nie chcę z nim
rozmawiać, więc przestał. Tego właśnie chciałam, prawda?
Inny rodzaj wilgoci pokrył moje
policzki, mieszając się z mglistym śniegiem i westchnęłam. Otworzyłam oczy i
przez chwilę patrzyłam jak pada śnieg, po czym wróciłam do środka.
Stojąc przy swoich drzwiach,
spojrzałam na te Cama i wyszeptałam: - Wesołych Świąt.
#
Dzień po Nowym Roku miałam dość
swojej więziennej izolatki i zrobiłam, to co chciałam. W zimny i wietrzny
dzień, wyciągnęłam mapy Google i pojechałam do stolicy narodu, i zwiedziłam
muzea.
Byłam z siebie dumna, kiedy znalazłam
miejsce do zaparkowania. Nie miałam czteroosobowej rodziny na przejażdżce do
miasta, ale dorastanie blisko Houston tak jakby przygotowało mnie na szaleństwo
tych dróg.
Muzea były wypełnione w większości
rodzinami, a nie miałam pewności czy było to normalne jak na dzień po święcie.
Spędziłam większość czasu w części Wiecznego Życia Starożytnego Egiptu w
Smithsonian. Prawdziwie niesamowite było zobaczenie przedmiotów sprzed tysiąca
lat.
I mumia również była całkiem
niesamowita.
Maniak historyczny we mnie był cały
podekscytowany, gdy przemierzałam szerokie korytarze, choć byłam sama i co
kilka minut, nie ważne ile razy mówiłam sobie, żeby przestać, myślałam o tym
jak Cam wydawał się chcieć to ze mną zrobić. Przyznaję, było to tuż przed tym
jak mnie pocałował, więc wtedy chyba mógłby zgodzić się na wszystko.
Nawet nie mogłam łudzić się
myśleniem, że wciąż był w domu, ponieważ kiedy wyjechałam tego ranka,
dostrzegłam jego srebrny samochód zaparkowany na tyłach parkingu. Cam wrócił.
Zatrzymałam się przed wystawą
ceramiki. Myślenie o całowaniu go wcale nie pomagało. Wszystko pogarszało.
Odwróciłam się, zauważając parę nastolatków bardziej zainteresowaną uczuciem
swoich ust, niż całym cudem historii przed nimi.
Zakłuło mnie w piersi.
Okej, może przyjeżdżanie tutaj nie
było najmądrzejszym pomysłem, ale nie mogłam dziś zostać w domu.
Nie kiedy były to moje urodziny.
Wielka dwudziestka.
Jeszcze nie zadzwonili moi rodzice,
ale domyśliłam się, że napiszą czy coś, lecz gdy opuściłam stolicę trochę przed
czwartą popołudniu, wciąż nic od nich nie dostałam.
Ta, to przyniosło pieczenie jak za
dotknięciem meduzy.
Zatrzymałam się przy Dairy Queen
blisko bloku i wzięłam jedno z tych ciast lodowych. Nie byłam wielką fanką
lodów, ale cokolwiek tworzyło te chrupkie coś pośrodku było całkowicie boskie.
Z pierwszym małym kawałkiem ciasta,
zwinęłam się na kanapie i przeszłam przez połowę pierwszego sezonu
Supernatural, zanim zasnęłam o żenująco wczesnej godzinie.
Obudziłam się gdzieś pomiędzy czwartą
a piątą nad ranem, czując jakby mgła zajęły mi mózg. Podnosząc się do pozycji
siedzącej, skrzywiłam się na gwałtowne pulsowanie w skroniach. Sądząc, że to
przez spanie na kanapie w niezdarnej pozycji, wstałam.
- Wow. – Przycisnęłam rękę do czoła,
kiedy pokój zawirował. Moja skóra była gorąca. Pociłam się?
Ruszyłam do sypialni, żeby się
przebrać, ale tylko doszłam do przedpokoju, zanim zmieniłam kierunek do
łazienki.
- O Boże – wysapałam.
Skurcze chwyciły mój żołądek i
opadłam na kolana, podnosząc deskę toalety. Lodowe ciasto i wszystko, co
zjadłam tego dnia wyszło szybko. Było to imponujące i nie ustało przez kilka
godzin. Kiedy tylko zdawało się uspokoić, oparłam się o wannę, kładąc policzek
na chłodnej powierzchni. Było to przyjemne uczucie, lecz spokój nie trwał
długo. Ścisnął mnie brzuch i ledwo dosięgłam toalety tym razem.
To oficjalne.
Bóg „dotknął mnie” powalając mnie
okropnym przypadkiem grypy wirusowej. Jak ją złapałam? Czy miało to znaczenie?
Do diabła, nie. Nic miało znaczenia, kiedy leżałam na zimnej podłodze kafelkowej
z przyciśniętym policzkiem i najprawdopodobniej mając na nim wzór podłogi. Nie
miałam zielonego pojęcia ile czasu minęło. Wiedziałam, że potrzebuję lekarstwa,
coś ze sklepu. Tak, sklep był dobrym pomysłem. Rosół. TheraFlu. Pepto…
Potykając się o własne stopy,
wróciłam do salonu. Ściany wyglądały dla mnie zabawnie, zamazane i lekko
wypaczone, jakby do mnie machały. Po drobnej przygodzie, znalazłam swoją
torebkę oraz kluczyki, i doszłam do drzwi wejściowych. Kiedy otworzyłam zamek,
poczułam złowieszcze uczucie w żołądku.
Upuściłam torebkę i kluczyki, i
odwróciłam się. Ściany tańczyły. Niedobrze. Wzięłam parę kroków i moje nogi
zrobiły najdziwniejszą rzecz. Po prostu przestały działać. Skończyły. Nic.
Podniosłam je z podłogi, lecz w ogóle tego nie czułam. Czołgając się do kuchni,
ponieważ miałam wystarczająco rozumu, żeby nie chcieć zrobić tego na dywanie,
doszłam do umywalki. Wciągnęłam się i pochylając nad zlewem, dźwignął mi się
żołądek, aż łzy pociekły po moich policzkach.
O rany, to było do bani.
W końcu, gdy burza wydawała się
minąć, zjechałam w dół, opierając się o szafki pod zlewem. Dobra. Sklep nie
wchodził w rachubę. Tak jak i łóżko. Nie byłam pewna czy wyciągnęłam się, czy
upadłam, ale znowu byłam na zimnej podłodze. Przynajmniej kuchenna podłoga
miała więcej miejsca.
Głęboki ból utkwił w moich mięśniach
i kościach. Głowa tak bardzo mi pulsowała, że bolało otworzyć oczy czy
skoncentrować się na czym innym niż fakt, że bolało. Miałam poczucie, jakby
ktoś wepchał mi do gardła wełnianą szczotkę. Mój mózg zdawał się tak jakby
próbować przejść przez męty. Nic nie miało dla mnie sensu. Usłyszałam jak
telefon brzęczy gdzieś tam, a trochę później dzwonił, dzwonił… i dzwonił.
Zastanawiałam się, czy to moi rodzice. Może przypomnieli sobie, że wczoraj były
moje urodziny.
Sądzę, że mogłam zasnąć, bo z bardzo
daleka zabrzmiało walenie. I myślę, że usłyszałam jak otwierają się drzwi do
salonu. Byłam w takim stanie, że nie obchodziło mnie czy był to seryjny
zabójca. Przywitałabym kogokolwiek, kto wyciągnąłby mnie z cierpienia.
- Avery? – Była cisza, po czym. – O
mój Boże.
Zabójca znał moje imię i był modlącym
się typem? Uroczo.
Chłodne dłonie dotknęły mojego czoła.
– Avery, o mój Boże, nic ci nie jest?
Zabójca tak jakby brzmiał jak Brit,
więc najwyraźniej nie był to zabójca. Zmusiłam oczy do otworzenia się w małe
szparki. Jej twarz przez chwilę była zamazana. Niepokój był widoczny na jej
twarzy.
- Grypa – wymamrotałam. – Mam grypę…
- Więc dlatego śmierdzi tu, jakby
była tutaj impreza wymiocinowa?
Skrzywiłam się. – Fu.
- Tak, fu, wszystko jest fu.
Usłyszałam jak coś spadło na podłogę,
a potem chłodne dłonie zniknęły. Otworzyły się drzwi mojej lodówki i cudowne,
piękne, zimne powietrze spłynęło po podłodze i na mnie. Byłam w niebie,
cholernym niebie.
Drzwi się zamknęły i Brit wróciła z
wodą w ręką. – Musisz napić się wody. No dalej, pomóż mi sobie pomóc wstać.
Mamrocząc pod nosem, położyłam ręce
na podłodze, lecz miałam zbyt słabe ramiona. Objęła mnie ramieniem i oparła o
szafkę. Butelka wody pojawiła się przy moich suchych ustach.
- Nie. – Próbowałam ją odepchnąć, ale
nie mogłam podnieść ramion. – Złapiesz… grypę…
- Miałam szczepionkę, więc nie. Wypij
tę wodę, Avery. Pij. – Znowu podniosła ją do moich ust, a woda wlała się do
środka, paląc moje gardło. – Pewnie boli, co? Jeśli wypijesz tę wodę, pójdę do
sklepu i coś ci kupię, dobra? Myślę, że masz gorączkę. – Przycisnęła dłoń do
mojego czoła. – Tak, masz gorączkę.
Myślę, że wypiłam wodę, a potem chyba
padłam twarzą na podłogę. Wszystko się rozmazało. Brit do mnie mówiła, a ja
chyba odpowiedziałam. Nie miałam pojęcia, co wychodziło z moich ust. W pewnym
momencie zostawiła mnie na podłodze, a potem znowu ją usłyszałam w salonie,
rozmawiając niskim tonem. Zbyt mocno bolała mnie głowa, żeby otworzyć oczy.
Wślizgnęły się pode mnie ramiona i
przez chwilę płynęłam. Następnie przesunęłam się, opierając o coś ciepłego i
twardego. Jęknęłam, odwracając głowę w tę stronę. Był tam znajomy, kojący
zapach, który mną szarpnął i uśpił, aż leżałam na czymś o wiele bardziej
wygodnym, a do mojego czoła przyciskało się coś zimnego i mokrego.
Spałam nieregularnie, budząc się co
jakiś czas, żeby zorientować się, że nie jestem sama. Ktoś siedział obok mnie
na łóżku, trzymając szmatkę na moich policzkach. Wymamrotałam coś, zanim znowu
zasnęłam. Nie jestem pewna, jak długo to trwało, ale w końcu moje oczy się
otworzyły, a było to jak wyjście ze śpiączki. Światło przenikające przez okno
było zbyt ostre, a pulsowanie wciąż było w mojej głowie, lecz słabsze niż
wcześniej.
Otworzyłam usta, ale od razu zaczęłam
kaszleć.
Kroki zadźwięczały z korytarza i
nagle Brit stanęła w moim progu ze szklanką wody w jednej ręce i kubkiem w
drugiej. – Żyjesz! Dzięki Bogu, zaczynałam myśleć, że przypadkiem cię zabiłam,
wpychając ci lekarstwa do gardła.
Spojrzałam na nią w osłupieniu. –
Brałam lekarstwo?
- Tak. – Podeszła do mnie i usiadła
na łóżku. – Wzięłaś dwa razy lekarstwo i zaraz weźmiesz je znowu. Musisz wypić
całą wodę. A potem musisz wypić to – więcej lekarstwa. Moja mama, która tak w
ogóle jest pielęgniarką, powiedziała, że skoro wygląda na to, że twoja gorączka
zbiła się wczoraj wieczorem, powinno być wszystko w porządku. Cóż, powinno być
ci lepiej.
- Wczoraj wieczorem? – Zasłaniając
dłonią usta, znowu zaczęłam kaszleć, kiedy wzięłam od niej wodę. Musiałyśmy czekać,
aż to minie. – Która… godzina?
Brit usiadła na brzegu łóżka,
trzymając parujący kubek. Już czułam cytrynowy zapach. – Godzina? Słońce,
prawdopodobnie lepiej byłoby zapytać o dzień. Jest sobota.
Niemal zakrztusiłam się wodą. –
Byłam… nieprzytomna przez… cały dzień?
- Cały dzień i pół – powiedziała ze
współczuciem. – Kiedy do ciebie pisałam i dzwoniłam, a ty nie odpowiadałaś,
zmartwiłam się. Dlatego tutaj przyszłam. Było z tobą źle. Mama powiedziała, że
to pewnie z odwodnienia.
Rozmyślając o tym, wypiłam wodę i
położyłam szklankę na stoliku nocnym, i zabrałam od niej kubek. Opanował mnie
kolejny atak kaszlu i tylko przez cud nie wylałam tego na siebie. – Czy ty…
byłaś tutaj ze mną przez cały czas?
- Nie cały czas. Miałam pomoc.
- Dziękuję – powiedziałam. – Naprawdę
ci dziękuję. Wciąż leżałabym na… podłodze, gdyby nie… ty i Jacob.
Potrząsnęła głową.
Nagle coś bardzo ważnego przyszło mi
do głowy. Zerknęłam na siebie. Miałam na sobie koszulkę do spania z długimi
rękawami. Wciąż miałam biustonosz i byłam w spodniach od pidżamy, i – o mój
Boże – miałam ściągniętą bransoletkę. Podniosłam zbyt szybko głowę, powodując
że ból rozszedł się po mojej twarzy. Bransoletka leżała na szafce nocnej. – Czy
ty…?
- Tak i nie – powiedziała, bawiąc się
krótkim kucykiem na czubku głowy. – Pomogłam ci wejść w spodnie.
- Więc kto…? – Ssania w żołądku
sprawiło, że pomyślałam, iż będę musiała znowu pobiec do łazienki. – O mój
Boże…
Brit skrzywiła się. – Nie znienawidź
mnie, Avery, ale nie wiedziałam co innego zrobić. Nie mogłam podnieść cię z
podłogi. Jak na kogoś, kto jest tak drobny, ważysz tonę, a mam więcej mięśni
niż Jacob. Cam był tuż po drugiej stronie korytarza i wydawało się to
najszybszym rozwiązaniem.
O mój Boże, nawet nie mogłam skupić
swojego chorego mózgu na tym małym kawałku wiadomości. Jeśli Brit nie rozebrała
mnie z mojego przepoconego swetra, musiał to być Cam, co znaczyło, że to on
położył bransoletkę na szafce nocnej.
Zamknęłam oczy.
- Czujesz, że będziesz znowu
wymiotowała?
- Nie – powiedziałam ochryple. –
Więc… więc Cam tutaj był?
- Zaniósł cię do łóżka i został z
tobą, podczas gdy pobiegłam do sklepu – rzekła, krzyżując nogi. – Kiedy
wróciłam, zmienił twoją bluzkę i przysiągł, że nie zerkał na twoje smakołyki.
Choć ja gapiłam się na jego smakołyki. Był przez cały czas bez koszulki.
Chociaż otworzyłam każde okno w tym domu, żeby wywietrzyć cały twój smród.
Cały mój smród. Cam był w moim
smrodzie.
- Był jak idealny pielęgniarz.
Przykładał wilgotną szmatkę do twojej twarzy, chłodząc cię. – Brit westchnęła
marzycielsko. – Nawet został z tobą, kiedy sprzątałam twój bałagan.
- Dziękuję – powiedziałam raz
jeszcze, oczyszczając kubek. – Poważnie, bardzo ci dziękuję. Jestem ci winna.
- Jesteś. – Błysnęła szybkim
uśmiechem. – Również jesteś winna Camowi.
Opadłam z powrotem na łóżko,
zamykając oczy. – Mogę się założyć, że musiałaś go błagać, aby tu przyszedł.
- Nie – odparła, szturchając mnie w
nogę, aż na nią spojrzałam. – Nie musiałam prosić go dwa razy. Zostawił to, co
robił i od razu przyszedł ci pomóc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz