wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 21

Dwie rzeczy miały miejsce w dniu Bożego Narodzenia. Mój ojciec napisał do mnie „Merry Xmas”. Xmas. Nawet nie mógł napisać Bożego Narodzenia. Takie osobiste. Też cię kocham, tato.
I spadł śnieg tego wieczora.
Nigdy nie widziałam, żeby padało w Boże Narodzenie.
Łapiąc się tycieńkiego przypływu podekscytowania, założyłam kurtkę oraz parę grubych botków, po czym wyszłam z mieszkania. Chociaż wiedziałam, że nikogo nie ma w ich mieszkaniu, nawet Olliego, zerknęłam na ich drzwi, kiedy doszłam do schodów. Zastanawiałam się, kto zajmował się Rafaelem.
Ciężkie uczucie osiadło mi w piersi, kiedy schodziłam po schodach a potem wyszłam spod markizy bloku. Sznurki różnokolorowych światełek zwisały z niektórych okien mieszkań. Lampki świąteczne z choinek świeciły z innych. Nie założyłam żadnych dekoracji. Nie zdawało się to mieć żadnego sensu, ale zamówiłam sobie prezent pod choinkę.
Nową torbę kurierską – ze sztucznej skóry. Nowa torba na nowy semestr.
Nie wiedziałam, gdzie zmierzałam, ale znalazłam się na małym polu po drugiej stronie ostatniego budynku. Puszyste białe płatki już zakurzyły ziemię i spadały grubo.
Wkładając ręce do kieszeni mojej kurtki, odchyliłam głowę i zamknęłam oczy. Małe płatki opadły na moje policzki i usta. Każdy mały kawałek był zimny oraz mokry. Stałam tam wystarczająco długo, że jeśli ktoś patrzyłby przez okno, pomyślałby że straciłam cholerny umysł, ale nie obchodziło mnie to.
Cam nie kontaktował się ze mną od dnia z zakupami.
Nie, że oczekiwałam tego od niego, ale w mojej piersi pojawiał się supeł ilekroć sprawdzałam komórkę, a od niego nic nie było. Jak było to pokręcone? Powiedziałam mu, że nie chcę z nim rozmawiać, więc przestał. Tego właśnie chciałam, prawda?
Inny rodzaj wilgoci pokrył moje policzki, mieszając się z mglistym śniegiem i westchnęłam. Otworzyłam oczy i przez chwilę patrzyłam jak pada śnieg, po czym wróciłam do środka.
Stojąc przy swoich drzwiach, spojrzałam na te Cama i wyszeptałam: - Wesołych Świąt.
#
Dzień po Nowym Roku miałam dość swojej więziennej izolatki i zrobiłam, to co chciałam. W zimny i wietrzny dzień, wyciągnęłam mapy Google i pojechałam do stolicy narodu, i zwiedziłam muzea.
Byłam z siebie dumna, kiedy znalazłam miejsce do zaparkowania. Nie miałam czteroosobowej rodziny na przejażdżce do miasta, ale dorastanie blisko Houston tak jakby przygotowało mnie na szaleństwo tych dróg.
Muzea były wypełnione w większości rodzinami, a nie miałam pewności czy było to normalne jak na dzień po święcie. Spędziłam większość czasu w części Wiecznego Życia Starożytnego Egiptu w Smithsonian. Prawdziwie niesamowite było zobaczenie przedmiotów sprzed tysiąca lat.
I mumia również była całkiem niesamowita.
Maniak historyczny we mnie był cały podekscytowany, gdy przemierzałam szerokie korytarze, choć byłam sama i co kilka minut, nie ważne ile razy mówiłam sobie, żeby przestać, myślałam o tym jak Cam wydawał się chcieć to ze mną zrobić. Przyznaję, było to tuż przed tym jak mnie pocałował, więc wtedy chyba mógłby zgodzić się na wszystko.
Nawet nie mogłam łudzić się myśleniem, że wciąż był w domu, ponieważ kiedy wyjechałam tego ranka, dostrzegłam jego srebrny samochód zaparkowany na tyłach parkingu. Cam wrócił.
Zatrzymałam się przed wystawą ceramiki. Myślenie o całowaniu go wcale nie pomagało. Wszystko pogarszało. Odwróciłam się, zauważając parę nastolatków bardziej zainteresowaną uczuciem swoich ust, niż całym cudem historii przed nimi.
Zakłuło mnie w piersi.
Okej, może przyjeżdżanie tutaj nie było najmądrzejszym pomysłem, ale nie mogłam dziś zostać w domu.
Nie kiedy były to moje urodziny.
Wielka dwudziestka.
Jeszcze nie zadzwonili moi rodzice, ale domyśliłam się, że napiszą czy coś, lecz gdy opuściłam stolicę trochę przed czwartą popołudniu, wciąż nic od nich nie dostałam.
Ta, to przyniosło pieczenie jak za dotknięciem meduzy.
Zatrzymałam się przy Dairy Queen blisko bloku i wzięłam jedno z tych ciast lodowych. Nie byłam wielką fanką lodów, ale cokolwiek tworzyło te chrupkie coś pośrodku było całkowicie boskie.
Z pierwszym małym kawałkiem ciasta, zwinęłam się na kanapie i przeszłam przez połowę pierwszego sezonu Supernatural, zanim zasnęłam o żenująco wczesnej godzinie.
Obudziłam się gdzieś pomiędzy czwartą a piątą nad ranem, czując jakby mgła zajęły mi mózg. Podnosząc się do pozycji siedzącej, skrzywiłam się na gwałtowne pulsowanie w skroniach. Sądząc, że to przez spanie na kanapie w niezdarnej pozycji, wstałam.
- Wow. – Przycisnęłam rękę do czoła, kiedy pokój zawirował. Moja skóra była gorąca. Pociłam się?
Ruszyłam do sypialni, żeby się przebrać, ale tylko doszłam do przedpokoju, zanim zmieniłam kierunek do łazienki.
- O Boże – wysapałam.
Skurcze chwyciły mój żołądek i opadłam na kolana, podnosząc deskę toalety. Lodowe ciasto i wszystko, co zjadłam tego dnia wyszło szybko. Było to imponujące i nie ustało przez kilka godzin. Kiedy tylko zdawało się uspokoić, oparłam się o wannę, kładąc policzek na chłodnej powierzchni. Było to przyjemne uczucie, lecz spokój nie trwał długo. Ścisnął mnie brzuch i ledwo dosięgłam toalety tym razem.
To oficjalne.
Bóg „dotknął mnie” powalając mnie okropnym przypadkiem grypy wirusowej. Jak ją złapałam? Czy miało to znaczenie? Do diabła, nie. Nic miało znaczenia, kiedy leżałam na zimnej podłodze kafelkowej z przyciśniętym policzkiem i najprawdopodobniej mając na nim wzór podłogi. Nie miałam zielonego pojęcia ile czasu minęło. Wiedziałam, że potrzebuję lekarstwa, coś ze sklepu. Tak, sklep był dobrym pomysłem. Rosół. TheraFlu. Pepto…
Potykając się o własne stopy, wróciłam do salonu. Ściany wyglądały dla mnie zabawnie, zamazane i lekko wypaczone, jakby do mnie machały. Po drobnej przygodzie, znalazłam swoją torebkę oraz kluczyki, i doszłam do drzwi wejściowych. Kiedy otworzyłam zamek, poczułam złowieszcze uczucie w żołądku.
Upuściłam torebkę i kluczyki, i odwróciłam się. Ściany tańczyły. Niedobrze. Wzięłam parę kroków i moje nogi zrobiły najdziwniejszą rzecz. Po prostu przestały działać. Skończyły. Nic. Podniosłam je z podłogi, lecz w ogóle tego nie czułam. Czołgając się do kuchni, ponieważ miałam wystarczająco rozumu, żeby nie chcieć zrobić tego na dywanie, doszłam do umywalki. Wciągnęłam się i pochylając nad zlewem, dźwignął mi się żołądek, aż łzy pociekły po moich policzkach.
O rany, to było do bani.
W końcu, gdy burza wydawała się minąć, zjechałam w dół, opierając się o szafki pod zlewem. Dobra. Sklep nie wchodził w rachubę. Tak jak i łóżko. Nie byłam pewna czy wyciągnęłam się, czy upadłam, ale znowu byłam na zimnej podłodze. Przynajmniej kuchenna podłoga miała więcej miejsca.
Głęboki ból utkwił w moich mięśniach i kościach. Głowa tak bardzo mi pulsowała, że bolało otworzyć oczy czy skoncentrować się na czym innym niż fakt, że bolało. Miałam poczucie, jakby ktoś wepchał mi do gardła wełnianą szczotkę. Mój mózg zdawał się tak jakby próbować przejść przez męty. Nic nie miało dla mnie sensu. Usłyszałam jak telefon brzęczy gdzieś tam, a trochę później dzwonił, dzwonił… i dzwonił. Zastanawiałam się, czy to moi rodzice. Może przypomnieli sobie, że wczoraj były moje urodziny.
Sądzę, że mogłam zasnąć, bo z bardzo daleka zabrzmiało walenie. I myślę, że usłyszałam jak otwierają się drzwi do salonu. Byłam w takim stanie, że nie obchodziło mnie czy był to seryjny zabójca. Przywitałabym kogokolwiek, kto wyciągnąłby mnie z cierpienia.
- Avery? – Była cisza, po czym. – O mój Boże.
Zabójca znał moje imię i był modlącym się typem? Uroczo.
Chłodne dłonie dotknęły mojego czoła. – Avery, o mój Boże, nic ci nie jest?
Zabójca tak jakby brzmiał jak Brit, więc najwyraźniej nie był to zabójca. Zmusiłam oczy do otworzenia się w małe szparki. Jej twarz przez chwilę była zamazana. Niepokój był widoczny na jej twarzy.
- Grypa – wymamrotałam. – Mam grypę…
- Więc dlatego śmierdzi tu, jakby była tutaj impreza wymiocinowa?
Skrzywiłam się. – Fu.
- Tak, fu, wszystko jest fu.
Usłyszałam jak coś spadło na podłogę, a potem chłodne dłonie zniknęły. Otworzyły się drzwi mojej lodówki i cudowne, piękne, zimne powietrze spłynęło po podłodze i na mnie. Byłam w niebie, cholernym niebie.
Drzwi się zamknęły i Brit wróciła z wodą w ręką. – Musisz napić się wody. No dalej, pomóż mi sobie pomóc wstać.
Mamrocząc pod nosem, położyłam ręce na podłodze, lecz miałam zbyt słabe ramiona. Objęła mnie ramieniem i oparła o szafkę. Butelka wody pojawiła się przy moich suchych ustach.
- Nie. – Próbowałam ją odepchnąć, ale nie mogłam podnieść ramion. – Złapiesz… grypę…
- Miałam szczepionkę, więc nie. Wypij tę wodę, Avery. Pij. – Znowu podniosła ją do moich ust, a woda wlała się do środka, paląc moje gardło. – Pewnie boli, co? Jeśli wypijesz tę wodę, pójdę do sklepu i coś ci kupię, dobra? Myślę, że masz gorączkę. – Przycisnęła dłoń do mojego czoła. – Tak, masz gorączkę.
Myślę, że wypiłam wodę, a potem chyba padłam twarzą na podłogę. Wszystko się rozmazało. Brit do mnie mówiła, a ja chyba odpowiedziałam. Nie miałam pojęcia, co wychodziło z moich ust. W pewnym momencie zostawiła mnie na podłodze, a potem znowu ją usłyszałam w salonie, rozmawiając niskim tonem. Zbyt mocno bolała mnie głowa, żeby otworzyć oczy.
Wślizgnęły się pode mnie ramiona i przez chwilę płynęłam. Następnie przesunęłam się, opierając o coś ciepłego i twardego. Jęknęłam, odwracając głowę w tę stronę. Był tam znajomy, kojący zapach, który mną szarpnął i uśpił, aż leżałam na czymś o wiele bardziej wygodnym, a do mojego czoła przyciskało się coś zimnego i mokrego.
Spałam nieregularnie, budząc się co jakiś czas, żeby zorientować się, że nie jestem sama. Ktoś siedział obok mnie na łóżku, trzymając szmatkę na moich policzkach. Wymamrotałam coś, zanim znowu zasnęłam. Nie jestem pewna, jak długo to trwało, ale w końcu moje oczy się otworzyły, a było to jak wyjście ze śpiączki. Światło przenikające przez okno było zbyt ostre, a pulsowanie wciąż było w mojej głowie, lecz słabsze niż wcześniej.
Otworzyłam usta, ale od razu zaczęłam kaszleć.
Kroki zadźwięczały z korytarza i nagle Brit stanęła w moim progu ze szklanką wody w jednej ręce i kubkiem w drugiej. – Żyjesz! Dzięki Bogu, zaczynałam myśleć, że przypadkiem cię zabiłam, wpychając ci lekarstwa do gardła.
Spojrzałam na nią w osłupieniu. – Brałam lekarstwo?
- Tak. – Podeszła do mnie i usiadła na łóżku. – Wzięłaś dwa razy lekarstwo i zaraz weźmiesz je znowu. Musisz wypić całą wodę. A potem musisz wypić to – więcej lekarstwa. Moja mama, która tak w ogóle jest pielęgniarką, powiedziała, że skoro wygląda na to, że twoja gorączka zbiła się wczoraj wieczorem, powinno być wszystko w porządku. Cóż, powinno być ci lepiej.
- Wczoraj wieczorem? – Zasłaniając dłonią usta, znowu zaczęłam kaszleć, kiedy wzięłam od niej wodę. Musiałyśmy czekać, aż to minie. – Która… godzina?
Brit usiadła na brzegu łóżka, trzymając parujący kubek. Już czułam cytrynowy zapach. – Godzina? Słońce, prawdopodobnie lepiej byłoby zapytać o dzień. Jest sobota.
Niemal zakrztusiłam się wodą. – Byłam… nieprzytomna przez… cały dzień?
- Cały dzień i pół – powiedziała ze współczuciem. – Kiedy do ciebie pisałam i dzwoniłam, a ty nie odpowiadałaś, zmartwiłam się. Dlatego tutaj przyszłam. Było z tobą źle. Mama powiedziała, że to pewnie z odwodnienia.
Rozmyślając o tym, wypiłam wodę i położyłam szklankę na stoliku nocnym, i zabrałam od niej kubek. Opanował mnie kolejny atak kaszlu i tylko przez cud nie wylałam tego na siebie. – Czy ty… byłaś tutaj ze mną przez cały czas?
- Nie cały czas. Miałam pomoc.
- Dziękuję – powiedziałam. – Naprawdę ci dziękuję. Wciąż leżałabym na… podłodze, gdyby nie… ty i Jacob.
Potrząsnęła głową.
Nagle coś bardzo ważnego przyszło mi do głowy. Zerknęłam na siebie. Miałam na sobie koszulkę do spania z długimi rękawami. Wciąż miałam biustonosz i byłam w spodniach od pidżamy, i – o mój Boże – miałam ściągniętą bransoletkę. Podniosłam zbyt szybko głowę, powodując że ból rozszedł się po mojej twarzy. Bransoletka leżała na szafce nocnej. – Czy ty…?
- Tak i nie – powiedziała, bawiąc się krótkim kucykiem na czubku głowy. – Pomogłam ci wejść w spodnie.
- Więc kto…? – Ssania w żołądku sprawiło, że pomyślałam, iż będę musiała znowu pobiec do łazienki. – O mój Boże…
Brit skrzywiła się. – Nie znienawidź mnie, Avery, ale nie wiedziałam co innego zrobić. Nie mogłam podnieść cię z podłogi. Jak na kogoś, kto jest tak drobny, ważysz tonę, a mam więcej mięśni niż Jacob. Cam był tuż po drugiej stronie korytarza i wydawało się to najszybszym rozwiązaniem.
O mój Boże, nawet nie mogłam skupić swojego chorego mózgu na tym małym kawałku wiadomości. Jeśli Brit nie rozebrała mnie z mojego przepoconego swetra, musiał to być Cam, co znaczyło, że to on położył bransoletkę na szafce nocnej.
Zamknęłam oczy.
- Czujesz, że będziesz znowu wymiotowała?
- Nie – powiedziałam ochryple. – Więc… więc Cam tutaj był?
- Zaniósł cię do łóżka i został z tobą, podczas gdy pobiegłam do sklepu – rzekła, krzyżując nogi. – Kiedy wróciłam, zmienił twoją bluzkę i przysiągł, że nie zerkał na twoje smakołyki. Choć ja gapiłam się na jego smakołyki. Był przez cały czas bez koszulki. Chociaż otworzyłam każde okno w tym domu, żeby wywietrzyć cały twój smród.
Cały mój smród. Cam był w moim smrodzie.
- Był jak idealny pielęgniarz. Przykładał wilgotną szmatkę do twojej twarzy, chłodząc cię. – Brit westchnęła marzycielsko. – Nawet został z tobą, kiedy sprzątałam twój bałagan.
- Dziękuję – powiedziałam raz jeszcze, oczyszczając kubek. – Poważnie, bardzo ci dziękuję. Jestem ci winna.
- Jesteś. – Błysnęła szybkim uśmiechem. – Również jesteś winna Camowi.
Opadłam z powrotem na łóżko, zamykając oczy. – Mogę się założyć, że musiałaś go błagać, aby tu przyszedł.

- Nie – odparła, szturchając mnie w nogę, aż na nią spojrzałam. – Nie musiałam prosić go dwa razy. Zostawił to, co robił i od razu przyszedł ci pomóc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz