wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 2

Miałam dwie opcje: odpuścić i ruszyć się z mojej fatalnej próby bycia obecną na pierwszej lekcji mojej kariery w college’u lub iść do domu, wejść do łóżka i zaciągnąć kołdrę na głowę. Bardzo chciałam pozwolić sobie na drugą opcję, ale to nie byłam ja.
Jeśli uciekanie i chowanie się byłoby moim sposobem działania, to nigdy nie przetrwałabym liceum.
Sięgając w dół, sprawdziłam szeroką, srebrną bransoletę na lewym nadgarstku, upewniając się że jest na miejscu. Prawie nie przetrwałam liceum.
Mama i tata wpadli w szał, kiedy poinformowałam ich o moich planach uczęszczania do uniwersytetu na drugim końcu kraju. Jeśli byłby to Harvard, Yale lub Sweet Briar, przeszłoby im, ale uniwersytet nie z Ligi Bluszczowej[1]? Nigdy. Po prostu nie rozumieli. Nigdy nie rozumieli. Nie było cholernej mowy o tym, bym chodziła do college’u, gdzie oni byli lub zapisała się tam, gdzie połowa kraju zmuszała swoje dzieci do chodzenia.
Chciałam pójść tam, gdzie nie zobaczyłabym dobrze znanego uśmieszku lub nie usłyszała szeptów, które wciąż płynęły z ust ludzi jak kwas. Gdzie ludzie nie słyszeli historii lub jakiejkolwiek wersji prawdy, która była w kółko powtarzana, aż czasami zastanawiałam się co naprawdę zdarzyło się w noc Halloween pięć lat temu.
Jednak tutaj żadne z nich się nie liczyło. Nikt mnie nie znał. Nikt niczego nie podejrzewał. I nikt nie wiedział, co bransoletka ukrywała w letnie dni, kiedy bluzki z długimi rękawami by nie zadziałały.
Przyjście tutaj było moją decyzją i było prawidłową rzeczą.
Moi rodzice zagrozili, że odetną mój fundusz powierniczy, co uważałam za komiczne. Miałam własne pieniądze – pieniądze, nad którymi oni nie mieli kontroli, gdy skończyłam osiemnastkę. Pieniądze, które zarobiłam. Dla nich znowu ich zawiodłam, ale gdybym została w Texasie lub obok kogokolwiek z tych ludzi, umarłabym.
Zerkając na godzinę na komórce, podniosłam się i zarzuciłam torbę na ramię. Przynajmniej nie spóźnię się na lekcje historii.
Historia była w budynku nauk społecznych u stóp wzgórza, na które właśnie się wspięłam. Przeszłam przez parking za budynkiem Byrda i przeszłam przez zatłoczoną ulicę. Wokół mnie studenci szli w grupach dwójek lub większych, wiele z nich widocznie się znało. Zamiast czuć się jak outsider, tutaj było poczucie wolności w pójściu do klasy bez bycia rozpoznaną.
Odpychając moją epicką porażkę poranka, weszłam do Whitehall i poszłam do pierwszych schodów na prawo. Korytarz na górze był wypełniony studentami czekającymi, aż sale będą puste. Przedarłam się przez śmiejące się grupy, unikając tych, którzy wciąż wyglądali na wpół śpiących. Znajdując puste miejsce przed klasą, usiadłam przy ścianie i skrzyżowałam nogi. Przejechałam dłońmi po dżinsach, podekscytowana, by zacząć historię. Większość ludzi byłoby zanudzonych na śmierć na Historii 101, ale była to moja pierwsza klasa w moim kierunku studiów.
I jeśli będę miała szczęście za pięć lat będę pracować w cichym i chłodnym muzeum albo bibliotece, katalogując starożytne teksty lub artefakty. Nie najefektywniejszy z zawodów, ale dla mnie to będzie doskonałe.
Lepszy niż to, kim kiedyś chciałam być, co było zawodową tancerką w Nowym Jorku.
Jeszcze jedna rzecz, nad którą mama była rozczarowana. Wszystkie pieniądze rzucone w lekcje baletu odkąd byłam wystarczająco duża żeby chodzić, były zmarnowane po tym jak skończyłam czternastkę.
Jednak tęskniłam za tym uspokajającym efektem, który powodował taniec. Po prostu nie mogłam zmusić się do kiedykolwiek robienia tego znowu.
- Dziewczyno, co robisz, siedząc na podłodze?
Podniosłam głowę i uśmiech wpełzł na moją twarz, kiedy zobaczyłam szeroki, promienny uśmiech rozciągnięty na karmelowej, chłopięco przystojnej twarzy Jacoba Massey’a. Zakolegowaliśmy się podczas zapoznania studentów pierwszego roku w zeszłym tygodniu i był on na mojej kolejnej lekcji, dodatkowo sztuce we wtorki i czwartki. Natychmiast przekonałam się do jego towarzyskiej osobowości.
Spojrzałam na drogo wyglądające dżinsy, które nosił, rozpoznając dopasowane cięcie. – Jest tu na dole wygodnie. Powinieneś do mnie dołączyć.
- Nie, do diabła. Nie chcę, żeby mój świetny tyłek został splamiony przez siedzenie na tej podłodze. – Oparł biodro o ścianę przy mnie i uśmiechnął się. – Chwila. Co ty już tutaj robisz? Myślałem, że masz zajęcia o dziewiątej.
- Pamiętasz to? – Wymieniliśmy się planami przez jakieś pół sekundy w zeszłym tygodniu.
Puścił oko. – Mam zatrważającą pamięć do rzeczy, które są dla mnie praktycznie nieprzydatne.
Zaśmiałam się. – Dobrze wiedzieć.
- Więc już pomijasz? Ty zła, zła dziewczyno.
Krzywiąc się, potrząsnęłam głową. – Tak, ale spóźniłam się, a nienawidzę wchodzenia do klasy po tym jak zaczęły się zajęcia, więc przypuszczam że mój pierwszy dzień będzie w środę, jeśli przedtem tego nie rzucę.
- Rzucić to? Dziewczyno, nie bądź głupia. Astronomia jest cudowną klasą. Wziąłbym ją, jeśli nie zapełniłaby się w dwie sekundy, kiedy wszyscy cholerni starszacy wzięli klasę.
- Cóż, nie zabiłeś prawie faceta w korytarzu biegnąc do klasy – faceta, który również jest w powiedzianej cudownej klasie.
- Co? – Jego ciemne oczy rozszerzyły się z zainteresowaniem i zaczął kucać. Ktoś przykuł jego uwagę. – Poczekaj chwilkę, Avery. – Wtedy zaczął machać ręką i skakać. – Ej! Brittany. Rusz tutaj tyłek!
Niska blondynka zatrzymała się pośrodku korytarza i odwróciła do nas, jej policzki rumieniły się, ale uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła skaczącego Jacoba. Podeszła, zatrzymując się przed nami.
- Brittany, to jest Avery. – Jacob promieniał. – Avery, to jest Brittany. Powiedzcie cześć.
- Cześć – powiedziała Brittany, lekko do mnie machając.
Odmachałam. – Hej.
- Avery powie nam, jak niemal zabiła faceta w korytarzu. Pomyślałem, że też chciałabyś usłyszeć historię.
Skrzywiłam się, ale iskra zainteresowania w brązowych oczach Brittany była trochę zabawna, kiedy na mnie spojrzała. – Mów – powiedziała, uśmiechając się.
- Cóż, tak naprawdę nie zabiłam prawie kogoś – rzekłam, wzdychając. – Ale było blisko i było to bardzo żenujące.
- Żenujące historie są najlepsze – rzucił Jacob, kucając.
Brittany roześmiała się. – To prawda.
- Gadaj, siostro.
Odgarnęłam włosy i zniżyłam głos, żeby cały korytarz nie upajał się w moim upokorzeniu. – Spóźniłam się na astronomię i tak jakby przebiegłam przez podwójne drzwi na drugim piętrze. Nie patrzyłam gdzie idę i wpadłam w tego biednego faceta na korytarzu.
- Aj. – Współczujący wyraz przeszedł przez twarz Brittany.
- Ta, i mówię, prawie go przewróciłam. Upuściłam swoje rzeczy. Książki i długopisy poleciały wszędzie. Było to epickie.
Oczy Jacoba błyszczały humorem. – Był gorący?
- Co?
- Czy był gorący? – powtórzył, przesuwając ręką po swoich krótko przystrzyżonych włosach. – Bo jeśli był gorący, powinnaś użyć tego na swoją korzyść. Byłoby to największym łamaczem lodów w historii. Moglibyście szalenie się w sobie zakochać, a ty mówiłabyś wszystkim jak wpadłaś w niego, zanim on wpadł w ciebie.
- O mój Boże. – Poczułam znajome ciepło na policzkach. – Ta, naprawdę był przystojny.
- O nie – powiedziała Brittany, która wydawała się jedyną osobą, która zauważyła, jak gorący facet robi sytuację jeszcze bardziej żenującą. Przypuszczam, że trzeba mieć pochwę, żeby to zrozumieć, ponieważ Jacob wyglądał na jeszcze bardziej podekscytowanego informacjami.
- Więc powiedz mi jak ten przystojny cukierek wyglądał? Potrzebne jest znać taki rodzaj szczegółów.
Część mnie nie chciała powiedzieć, bo myślenie o Camie sprawiało, że byłam tysiąc razy bardziej zażenowana. – Uch… był naprawdę wysoki i ładnie zbudowany, jak sądzę.
- Skąd wiesz, że był ładnie zbudowany? Obmacywałaś też go?
Zaśmiałam się, gdy Brittany pokręciła głową. – Poważnie wbiegłam w niego, Jacob. A on mnie złapał. Nie obmacywałam go celowo, ale wydawał się mieć dobre ciało. – Wzruszyłam ramionami. – Tak czy inaczej, miał ciemne falowane włosy. Dłuższe niż twoje, trochę potargane, ale w…
- Cholera, dziewczyno, jeśli powiesz, że potargane w sposób nie-przejmuję-się-jestem-seksowną-bestią, chcę wpaść w tego faceta.
Brittany zachichotała. – Uwielbiam takie włosy.
Zastanawiałam się czy moja twarz wyglądała tak gorąco, jak to czułam. – Ta, takie były. Był naprawdę zachwycający, a jego oczy były takie niebieskie, że wyglądały…
- Poczekaj – sapnęła Brittany, jej oczy rozszerzyły się. – Czy jego oczy były tak niebieskie, że wyglądały niemal na sztuczne? I czy pachniał naprawdę dobrze? Wiem, że to brzmi dziwnie, ale po prostu odpowiedz na pytanie.
Było to trochę dziwne i naprawdę zabawne. – Tak do obydwu.
- Jasna cholera. – Brittany roześmiała się głośno. – Wiesz, jak się nazywa?
Zaczynałam się martwić, bo Jacob również miał tę świtającą minę. – Tak, dlaczego?
Brittany szturchnęła łokciem Jacoba, po czym zniżyła głos. – Czy był to Cameron Hamilton?
Moja szczęka uderzyła o kolano.
- Był! – Ramiona Brittany się trzęsły. – Wpadłaś w Camerona Hamiltona?
Jacob się nie uśmiechał. Po prostu patrzył na mnie z… podziwem? – Teraz tak niewiarygodnie ci zazdroszczę. Oddałbym swoje lewe jądro, żeby wpaść w Camerona Hamiltona.
Na wpół się zaśmiałam, na wpół zakrztusiłam. – Wow. To dość poważne.
- Cameron Hamilton jest poważny, Avery. Nie wiesz tego. Nie jesteś stąd – powiedział Jacob.
- Też jesteś studentem pierwszego roku. Skąd o nim wiesz? – zapytałam, bo Cam wyglądał zbyt staro żeby być studentem pierwszego roku. Musiał być przynajmniej juniorem lub seniorem.
- Wszyscy w kampusie go znają – odpowiedział.
- Jesteś w kampusie nie więcej niż tydzień!
Jacob uśmiechnął się. – Podróżuję.
Zaśmiałam się, potrząsając głową. – Nie rozumiem. Ta, on jest… gorący, ale co z tego?
- Chodziłam do szkoły z Cameronem – wyjaśniła Brittany, zerkając przez ramię. – To znaczy, jest on ode mnie starszy o dwa lata, ale wszyscy chcieli być obok niego lub z nim. Tutaj jest w zasadzie tak samo.
Ciekawość urosła, gdy to co powiedziała Brittany przypomniało mi o kim innym. – Więc jesteście stąd?
- Nie. Jesteśmy spoza Morgantown – okolice Fort Hill. Nie wiem dlaczego wybrał tę szkołę zamiast WVU[2], ale ja to zrobiłam, bo chciałam wydostać się z miasta niż tkwić z tymi samymi starymi ludźmi.
Rozumiałam to.
- Tak czy inaczej, Cameron jest znany w kampusie. – Jacob klasnął dłońmi. – Mieszka poza kampusem i ponoć robi najlepsze imprezy i…
- Miał reputację w liceum – wtrąciła Brittany. – Reputację, która była zasłużona. Nie zrozum mnie źle. Cameron zawsze był naprawdę fajnym facetem. Bardzo miły i zabawny, ale wtedy był trochę męską dziwką. Teraz wygląda na to, że trochę się ustabilizował, ale pantera i ich miejsca…
- Dobra. – Przekręciłam swoją bransoletkę. – Dobrze wiedzieć, ale to nie ma znaczenia. Wpadłam w niego na korytarzu. To mój zakres wiedzy o Camie.
- Camie? – Brittany zamrugała.
- Tak? – Wstałam i złapałam swoją torbę. Drzwi miały się otworzyć za niedługo.
Brwi Brittany się złączyły. – Ludzie, których nie zna nazywają go Cameronem. Tylko jego przyjaciele nazywają go Camem.
- Och. – Zmarszczyłam brwi. – Powiedział mi, że ludzie mówią do niego Cam, więc przypuściłam, że tak ludzie go nazywają.
Brittany nic nie powiedziała, a ja naprawdę nie wiedziałam co to za wielka rzecz. Cam/Cameron/Ktokolwiek był jedynie uprzejmy, po tym jak na niego wpadłam. Fakt, że był zreformowanym imprezowym playboyem nie znaczył dla mnie nic, oprócz tego żebym trzymała się od niego z daleka.
Drzwi się otworzyły i studenci wyszli na korytarz. Nasza mała grupa czekała aż się oczyściło, zanim weszliśmy do środka, wybierając trzy miejsca z tyłu, z Jacobem pomiędzy nami. Gdy wyciągnęłam swój masywny, mogący przewrócić kogoś, gdybym uderzyła, zeszyt do pięciu przedmiotów, Jacob złapał mnie za ramię.
Psotność i totalny chaos wypełniały jego spojrzenie. – Nie możesz rzucić astronomii. Żeby przejść przez ten semestr, muszę żyć pośrednio przez ciebie i słuchać o Camie przynajmniej trzy razy w tygodniu.
Zaśmiałam się cicho. – Nie zamierzam rzucić klasy… - Chociaż tak jakby chciałam. - …ale wątpię, że będę miała ci cokolwiek do powiedzenia. To nie tak, że kiedykolwiek w ogóle jeszcze będziemy rozmawiać.
Jacob puścił moje ramię i odchylił się, przyglądając mi się. – Akurat, Avery.
#
Reszta dnia nie była tak ciekawa jak mój poranek, ku mojej uldze. Żadnych więcej niewinnych gorących chłopców prawie przewróconych lub innych upokarzających incydentów. Pomimo tego że musiałam przeżyć raz jeszcze te doświadczenie przy lunchu ku rozrywce Jacoba, cieszyłam się, że on i Brittany mieli przerwę o tej samej porze co ja. Naprawdę planowałam spędzać większość mojego dnia byciem samotnikiem, więc miło było rozmawiać z ludźmi… w moim wieku.
Bycia społecznym było jak jechanie na rowerze, jak sądzę.
A prócz niepotrzebnej rady Jacoba, która wiązała się ze mną celowo wpadającą w Cama następnym razem, gdy go zobaczę, nie było żadnych żenujących momentów. Na koniec dnia naprawdę zapomniałam o Camie.
Zanim opuściłam kampus, poszłam do finansowego budynku, żeby zabrać podanie o pracę. Nie potrzebowałam pieniędzy, ale potrzebowałam straty czasu, żeby mieć zajęty umysł. Miałam pełne obciążenie – osiemnaście godzin zajęć – ale będę miała dużo wolnego czasu. Praca w kampusie wydawała się dobrą rzeczą, ale nie było żadnych otwartych miejsc. Moje nazwisko poszło na listę oczekujących.
Kampus był naprawdę piękny w uroczy, spokojny sposób. Nie był jak rozkładające się kampusy wielkich uniwersytetów. Umoszczony pomiędzy rzeką Potomac i maleńkim, historycznym miasteczkiem Shepherdstown, był jak coś, co widzi się na pocztówce. Wielkie budynki z dodatkowymi wieżami wśród bardziej współczesnych struktur. Wszędzie drzewa. Świeże, czyste powietrze i wszystko, czego potrzebujesz na bliską odległość. Tak naprawdę mogłam iść pieszo w ładniejsze dni lub przynajmniej parkować na Zachodnim Kampusie żeby uniknąć płacenia w parkometrze.
Po podaniu moich informacji na oczekującą listę, ruszyłam z powrotem do auta, ciesząc się ciepłym wiatrem. Nie tak jak dzisiaj rano, będąc spóźnioną, miałam szansę patrzeć na domy w drodze na dworzec kolejowy. Trzy domy, tuż obok siebie miały ganki pełne facetów w wieku studenckim. Najprawdopodobniej to szkolna wersja bractwa.
Jeden facet podniósł wzrok z piwem w ręku. Uśmiechnął się, ale potem odwrócił gdy piłka nożna wyleciała przez otwarte drzwi, uderzając go w plecy. Wybuchły przekleństwa.
Definitywnie bractwo.
Mój kręgosłup zesztywniał, gdy przyspieszyłam, przechodząc za domami. Dotarłam do skrzyżowania, wyszłam i niemal zostałam uderzona przez srebrną półciężarówkę – jedną z tych dużych, może Tundra – gdy wjechała na wąską drogę, którą chciałam przekroczyć. Moje serce podskoczyło, kiedy się zatrzymała, blokując mi drogę.
Cofnęłam się na krawężnik, zdezorientowana. Kierowca zamierza na mnie nakrzyczeć?
Barwione okno od strony pasażera opuściło się i prawie padłam na twarz.
Cameron Hamilton uśmiechnął się do mnie zza kierownicy, na głowie miał bejsbolówkę przekręconą do tyłu. Kosmyki ciemnych włosów kłębiły się pod paskiem. I był bez koszulki – totalnie bez koszulki. I z tego co mogłam zobaczyć, tylko jego klatkę piersiową, była to bardzo świetna klatka piersiowa. Mięśnie piersiowe – facet miał mięśnie piersiowe. I tatuaż. Na prawej piersi, słońce, płomienie przewlekające się przez jego ramiona w żywych barwach czerwieni i pomarańczy.
- Avery Morgansten, znowu się spotykamy.
Był ostatnią osobą, którą chciałam widzieć. Miałam najgorsze szczęście znane człowiekowi. – Cameron Hamilton… cześć.
Pochylił się, opuszczając ramię na kierownicę. Poprawka. Miał również naprawdę ładne bicepsy. – Musimy przestać tak się spotykać.
I była to najprawdziwsza rzecz kiedykolwiek wypowiedziana. Musiałam przestać gapić się na jego biceps… i klatkę piersiową… i tatuaż. Nigdy bym nie pomyślała, że słońce może być tak… seksowne. Wow. To było żenujące.
- Ty wpadająca na mnie, ja prawie wpadający na ciebie? – ciągnął Cam. – To tak jakbyśmy byli katastrofą czekającą żeby się zdarzyć.
Nie miałam pojęcia co na to powiedzieć. W ustach mi zaschło, myśli się rozproszyły.
- Gdzie zmierzasz?
- Do mojego auta – wyrzuciłam z siebie. – Zaraz skończy mi się czas. – Niekoniecznie prawda, bo byłam hojna ze ćwiartkami, żebym nie skończyła z biletem parkingowym, ale on nie musiał tego wiedzieć. – Więc…
- W takim razie wskakuj, kochanie. Mogę cię podwieźć.
Krew spłynęła z mojej twarzy i popędziła w inne części mojego ciała w naprawdę dziwny i dezorientujący sposób. – Nie. To nic. Jestem na wzgórzu. Żadnej potrzeby.
Uśmiech rozszerzył się, ukazując ten jeden dołeczek. – To żaden problem. Przynajmniej tyle mogę zrobić po tym, jak niemal cię potrąciłem.
- Dziękuję, ale…
- Ej! Cam! – Piwny Facet zeskoczył z ganka i przybiegł na chodnik, posyłając mi szybki spojrzenie. – Co robisz, stary?
Uratowana przez chłopaka z bractwa.
Spojrzenie Cama nie oderwało się ode mnie, ale jego uśmiech zaczął schodzić. – Nic, Kevin, tylko staram się mieć rozmowę.
Machając szybko Camowi, ominęłam Kevina i przód auta. Nie spojrzałam do tyłu, ale czułam, że mnie obserwuje. Przez lata wiedza, że ktoś na ciebie patrzy, kiedy ty nie patrzysz stała się moim talentem.
Zmusiłam się, żeby nie biec do dworca kolejowego, bo uciekanie przed tym samym facetem drugi raz w jeden dzień było ponad dopuszczalnym poziomem dziwaczności. Nawet dla mnie.
Nie zorientowałam się, że wstrzymywałam oddech, aż byłam za kierownicą swojego auta i silnik brzęczał.
Jezu.
Opuściłam głowę na kierownicę i jęknęłam. Katastrofa czekająca żeby się zdarzyć? Ta, brzmiało prawidłowo.



[1] Liga Bluszczowa (Ivy League) – najbardziej prestiżowe uczelnie w USA.
[2] WVU – West Virginia University (Uniwersytet Zachodniej Wirginii).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz