wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 1

Istniały dwie rzeczy w życiu, które mnie kompletnie przerażały. Obudzenie się w środku nocy i zobaczenie ducha z jego przezroczystą twarzą tuż przy mojej było jedną z nich. Nieprawdopodobne, żeby nastąpiło, lecz wciąż cholernie dziwaczne do pomyślenia. Drugą rzeczą było wchodzenie do zatłoczonej klasy spóźnioną.
Absolutnie nie cierpiałam spóźniania się.
Nienawidziłam, kiedy ludzie odwracali się i gapili, co zawsze robią, kiedy wchodzisz do klasy minutę po tym, gdy zaczęła się lekcja.
Dlatego właśnie obsesyjnie zaplanowałam odległość pomiędzy moim mieszkaniem w University Heights i wyznaczonym parkingiem dla dojeżdżających studentów w czasie weekendu na Google. Dwa razy przejeżdżałam ją w niedzielę, żeby upewnić się, że Google nie wprowadza mnie w błąd.
Prawie dwa kilometry, ściśle mówiąc.
Pięć minut samochodem.
Nawet wychodziłam piętnaście minut wcześniej, żeby przybyć dziesięć minut przed lekcją, która zaczynała się o dziewiątej dziesięć.
Czego nie zaplanowałam, to półtora kilometrowego korka przy znaku stop, bo Bóg zakazał prawdziwych świateł w historycznym miasteczku lub faktu, że nie było absolutnie żadnego wolnego miejsca parkingowego w kampusie. Musiałam zaparkować przy dworcu kolejowym przyległym do kampusu, marnując cenny czas.
- Jeśli upierasz się przenieść na drugi koniec kraju, przynajmniej zatrzymaj się w jednym z akademików. Mają tam akademiki, prawda? – Głos mojej mamy przeniknął przez moje myśli, gdy zatrzymałam się przed Budynkiem Naukowym Roberta Byrda, bez tchu przez bieg na najbardziej strome, najbardziej niedogodne wzgórze w historii.
Oczywiście nie wybrałam zatrzymania się w akademiku, bo wiedziałam, że w którymś momencie moi rodzice pojawią się znikąd i zaczną osądzać i zaczną gadać, a ja wolałam kopnąć się w twarz, niż narażać na to jakiegoś niewinnego przechodnia. Zamiast tego zasięgnęłam swoich zasłużonych pieniędzy i wynajęłam mieszkanie z dwiema sypialniami obok kampusu.
Pan i pani Morgansten nie polubili tego.
A to mnie niezwykle ucieszyło.
Ale teraz trochę żałowałam swojego małego uczynku buntu, bo gdy pośpiesznie wyszłam z wilgotnego gorąca poranka późnego sierpnia w klimatyzowany ceglany budynek, było już jedenaście po dziewiątej, a moja astronomiczna klasa była na drugim piętrze. I po jakie licho wybrałam astronomię?
Może dlatego, że myśl o siedzeniu przez kolejną lekcje biologii sprawiała, że chciałam wymiotować? Ta. Dlatego.
Biegnąc w górę szerokich schodów, przemknęłam przez podwójne drzwi i walnęłam prosto w ceglaną ścianę.
Zataczając się do tyłu, moje ramiona gorączkowo latały. Moja przepakowana torba zsunęła się, ciągnąc mnie w bok. Włosy poleciały mi na twarz, ściana kasztanu, która zaciemniła wszystko, gdy niebezpiecznie się zachwiałam.
O dobry Boże, spadałam. Nie można było tego zatrzymać. Wizje złamanych karków tańczyły w mojej głowie. To będzie do kitu, bo…
Coś silnego i twardego złapało mnie w pasie, zatrzymując mój upadek. Moja torba uderzyła podłogę, rozrzucając za drogie książki i długopisy na lśniącą podłogę. Moje długopisy! Moje cudowne długopisy potoczyły się wszędzie. Sekundę później byłam przyciśnięta do ściany.
Ściana była dziwnie ciepła.
Ściana zachichotała.
- Hola – powiedział niski głos. – Wszystko w porządku, kochanie?
Ściana w ogóle nie była ścianą. To był facet. Serce mi stanęło i przez zatrważającą chwilę, napięcie opanowało moją klatką piersiową i nie mogłam ruszyć się ani myśleć. Byłam rzucona pięć lat wcześniej. Utknęłam. Nie mogłam się ruszyć. Powietrze wyszło z mojej piersi w bolesnym pośpiechu, gdy ciarki przeszły po moim karku. Każdy mięsień się zacisnął.
- Hej – głos złagodniał, obramowany niepokojem. – Nic ci nie jest?
Zmusiłam się do wzięcia głębokiego wdechu – do po prostu oddychania. Musiałam oddychać. Wdech. Wydech. Ćwiczyłam to w kółko przez pięć lat. Już nie byłam czternastolatką. Nie byłam tam. Byłam tutaj, na drugim końcu kraju.
Dwa palce przycisnęły się pod moją brodą, podnosząc mi głowę. Zdumiewająco głębokie niebieskie oczy obramowane grubymi czarnymi rzęsami skupione na moich. Błękit tak żywy i elektryczny, z tak rażącym kontrastem do czarnych źrenic, że zastanawiałam się czy są prawdziwe.
A wtedy mnie to uderzyło.
Facet mnie trzymał. Facet nigdy mnie nie trzymał. Nie liczyłam tamtego jednego razu, ponieważ tamten raz się nie liczył, i byłam przyciśnięta do niego, udo do uda, moja klatka piersiowa do jego. Jakbyśmy tańczyli. Moje zmysły smażyły się, kiedy wdychałam lekki zapach wody kolońskiej. Wow. Pachniało dobrze i drogo, tak jak jego
Nagle przeszedł przeze mnie gniew, słodka i znajoma rzecz, odpychając starą panikę i zdezorientowanie. Desperacko się go złapałam i odnalazłam swój głos. – Puść. Mnie.
Niebieskie Oczy od razu opuścił swoje ramię. Nieprzygotowana na nagłą stratę podpory, zakołysałam się w bok, łapiąc równowagę nim przewróciłam się o swoją torbę. Oddychając jakbym właśnie przebiegła milę, odsunęłam gęste kosmyki włosów z twarzy i w końcu mogłam spojrzeć na Niebieskie Oczy.
Słodki maleńki Jezu. Niebieskie Oczy był…
Był zachwycający we wszystkich sposobach, które sprawiały, że dziewczyny robiły głupie rzeczy. Był wysoki, dobrą głowę lub dwie wyższy ode mnie i szeroki w ramionach, lecz wąski w pasie. Ciało sportowca – jak pływaka. Czarne włosy falujące nad jego czołem, muskając te same brwi. Silne kości policzkowe i szerokie, pełne wyrazu usta wypełniały pakiet stworzony dla dziewczyn, żeby się śliniły. I z tymi szafirowymi oczami, o kurczę…
Kto by pomyślał, że miejsce zwane Shepherdstown ukrywa kogoś, kto tak wygląda?
I wpadłam w niego. Dosłownie. Nieźle. – Przepraszam. Spieszyłam się do klasy. Jestem spóźniona i…
Jego usta podniosły się w kącikach, gdy klęknął. Zaczął zbierać moje rzeczy i przez krótki moment chciało mi się płakać. Czułam łzy budujące się w moim gardle. Teraz już naprawdę byłam spóźniona, nie było sposobu żebym weszła do tej klasy i to w pierwszy dzień. Porażka.
Kucając, pozwoliłam włosom polecieć do przodu i otoczyć moją twarz, kiedy łapałam swoje długopisy. – Nie musisz mi pomagać.
- To żaden problem. – Podniósł kartkę papieru, po czym podniósł wzrok. – Astronomia 101? Też idę w tamtą stronę.
Świetnie. Przez cały semestr będę musiała widzieć faceta, którego prawie zabiłam w korytarzu. – Jesteś spóźniony – powiedziałam słabo. – Naprawdę przepraszam.
Z wszystkimi moimi książkami i długopisami z powrotem w torbie, wstał i podał mi ją. – To nic. – Krzywy uśmiech się rozszerzył, ukazując dołeczek w jego lewym policzku, jednak nic po prawej stronie. – Jestem przyzwyczajony do rzucających się na mnie dziewczyn.
Zamrugałam, myśląc, że źle usłyszałam Niebieskie Oczy, bo na pewno nie powiedział czegoś tak kiepskiego.
Powiedział i jeszcze nie skończył. – Jednak próbowanie skoczyć na mojego plecy jest nowe. Nawet to lubię.
Czując palenie w policzkach, wzięłam się w garść. – Nie próbowałam skoczyć na twoje plecy ani się na ciebie rzucić.
- Nie? – Przekrzywiony uśmiech pozostał. – Cóż, to szkoda. W takim wypadku, mogłoby to sprawić najlepszy pierwszy dzień zajęć w historii.
Nie wiedziałam co powiedzieć, gdy przyciskałam ciężką torbę do piersi. Faceci nie flirtowali ze mną w domu. Większość nie śmiała spojrzeć w moją stronę w liceum, a tych kilku co to robiło, cóż, nie flirtowali.
Spojrzenie Niebieskich Oczu opadło na kartkę papieru w jego ręce. – Avery Morgansten?
Serce mi podskoczyło. – Skąd znasz moje imię?
Przekrzywił głowę na bok, kiedy uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył. – Jest na twoim planie.
- Och. – Odsunęłam falowane kosmyki włosów z mojej gorącej twarzy. Oddał mi plan, a ja go wzięłam, wsuwając do torby. Całe mnóstwo niezręczności, kiedy szarpałam się z pasem.
- Ja nazywam się Cameron Hamilton – powiedział Niebieskie Oczy. – Ale wszyscy mówią do mnie Cam.
Cam. Smakowałam imię, lubiąc je. – Raz jeszcze dziękuję, Cam.
Pochylił się i podniósł czarny plecak, którego nie zauważyłam. Kilka kosmyków ciemnych włosów spadło mu na czoło i gdy się wyprostował, odsunął je. – Dobra, zróbmy swoje wielkie wejście.
Stopy miałam wryte w miejsce, w którym stałam, gdy on się odwrócił i przeszedł parę metrów do zamkniętych drzwi klasy 205. Sięgnął do klamki, patrząc przez ramię, czekając.
Nie mogłam tego zrobić. To nie miało nic wspólnego z faktem, że wpadłam w możliwie najseksowniejszego faceta w kampusie. Nie mogłam wejść do klasy i mieć wszystkich obracających się i gapiących. Miałam dosyć bycia w centrum uwagi gdziekolwiek poszłam przez ostatnie pięć lat. Pot pokrył moje czoło. Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy cofnęłam się o krok od klasy i Cama.
Odwrócił się, marszcząc brwi, gdy zaciekawienie pojawiło się na jego atrakcyjnej twarzy. – Idziesz w złą stronę, kochanie.
Wydawało się, że szłam w złą stronę przez połowę życia. – Nie mogę.
- Nie możesz co? – Zrobił krok w moją stronę.
Uciekłam. Odwróciłam się i pobiegłam, jakbym była w wyścigu po ostatni kubek kawy na świecie. Gdy dotarłam do tych cholernych podwójnych drzwi, usłyszałam jak woła moje imię, ale nie zatrzymałam się.
Moja twarz płonęła, kiedy zbiegałam po schodach, bez tchu kiedy wypadłam z budynku naukowego. Moje nogi szły dalej, aż usiadłam na ławce przy przyległej bibliotece. Wczesne poranne słońce wydawało się zbyt jasne, kiedy podniosłam głowę i zacisnęłam powieki.
Jeeeezu.

Co za sposób na zrobienie pierwszego wrażenia w nowym mieście, nowej szkole… nowym życiu. Przeniosłam się tysiąc mil, żeby zacząć od nowa i już zawaliłam je w ciągu minut.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz