Mały tłum już zebrał się wokół Cama i
kolesia. Niektórzy obserwowali z zainteresowaniem, inni wyśmiewali walkę.
Cam przygwoździł faceta jedną ręką
pchając go w klatkę piersiową. Stał z nim twarzą w twarz, z boku zaciskając w
pięść wolną rękę. – Co do cholery, człowieku? Masz pieprzony problem ze
słuchem?
- Przepraszam – wybełkotał koleś,
podnosząc ręce po bokach. – Tylko tańczyliśmy. Nic innego nie chciałem.
- Cam. – Mój głos wyszedł zduszony i
zachrypnięty, kiedy ruszyłam do przodu.
Brit pojawiła się obok mnie, łapiąc
za ramię. – Nie wtrącaj się, Avery.
Jak mogłam się nie wtrącać?
Zabulgotało mi w żołądku i trochę piwa, które skonsumowałam podniosło mi się do
gardła.
Cam znowu pchnął faceta na ścianę i
nagle pojawił się Jase, oplatając w pasie ramieniem Cama, odciągając go. Facet
osunął się po ścianie z zamkniętymi oczami.
- Musisz się, do cholery, wyluzować –
powiedział Jase.
Cam uchylił się przed swoim
przyjacielem, mrużąc oczy na drugiego kolesia. – Puść mnie, do cholery, Jase.
- Do diabła, nie. – Jase stanął
między nimi, kładąc dłonie na klatce piersiowej Cama. – Nie potrzebujesz tego,
pamiętasz? Wdanie się w bójkę jest ostatnią rzeczą, której teraz cholernie
potrzebujesz. Więc wycofaj się.
Coś, co powiedział Jase wydawało się
dotrzeć do Cama. Rzucił facetowi przy ścianie ostatnie obiecujące spojrzenie,
po czym odepchnął dłonie Jase’a. Cam odwrócił się, przeczesując dłońmi włosy.
Przez ludzi stojących między nami, jego wzrok wylądował na mnie i Brit. Ruszył
do przodu, ale Jase powiedział coś, co go zatrzymało. Znikąd pojawił się Ollie,
wciskając butelkę piwa do rąk Cama. Pomiędzy nimi dwoma zaprowadzili go z
powrotem do domu. Ruszyłam za nimi, ale Brit zaciągnęła mnie do kąta, jej
skrzydła podskakiwały, kiedy odwróciła się do mnie. – Co do diabła się stało?
- Nie wiem. – Klatka piersiowa
gwałtownie uniosła się i opadła. – Facet nie chciał mnie puścić, a Cam wypadł
znikąd. Muszę…
- Nie. – Zatrzymała mnie, blokując mi
drogę. – Musisz pozwolić mu się uspokoić. Jest ze swoimi kumplami, pozwól mu
być.
Przesuwając dłońmi po biodrach,
powoli przetwarzałam to, co powiedziała Brit. Była dobra szansa, że będę
wymiotować. Rozejrzałam się, pozwalając sercu się uspokoić. Niektórzy ludzie
się nas gapili. Inni stracili zainteresowanie w chwili, kiedy było oczywiste że
nie będzie bójki. Steph była przy stole do ping ponga, zaciskając usta, kiedy
nasze wzroki się spotkały. Zabrzmiała znowu muzyka, waląc w melodii z moim
sercem. Pot osiadł mi na czole.
- Hej, Avery, nic ci nie jest? –
zapytała Brit.
Wymusiłam skinięcie głowy, ale wcale
nie czułam się dobrze. Garaż znów się przesuwał – wszystkie kostiumy i dźwięki
się wzmocniły. Napięcie opanowało moją klatkę piersiową. Zapach piwa, perfum i
potu wypełniał powietrze. Wzięłam wdech, ale nie wydawał się on wystarczający.
- Potrzebuję świeżego powietrza –
powiedziałam Brit, uwalniając się.
- Pójdę z tobą.
- Nie. Nie, nic mi nie jest. Zostań
tutaj. – Nie chciałam zniszczyć jej wieczora. – Jest dobrze. Naprawdę. Po
prostu potrzebuję trochę świeżego powietrza.
Brit ustąpiła po chwili, a ja wyszłam
szybko z garażu, czując jakby setki oczu było utkwionych w moich plecach,
chociaż wiedziałam, że pewnie nikt nie patrzył.
Chłodne powietrze podniosło wilgotne
włosy z mojej szyi, ale tak naprawdę go nie czułam. Nie zatrzymałam się. Szłam
dalej, otwierając i zaciskając dłonie po bokach. Nagle zorientowałam się, że
jestem przy swoim aucie. Wyciągając klucze z kieszeni, wsiadłam za kierownicę.
Przycisnęłam drżące dłonie do twarzy.
O Boże, wciąż czułam jego ręce – nie pijanego faceta, ale Blaine’a. Słyszałam
jak szepta do mojego ucha, czułam go za sobą i ten nacisk… Odrzucając głowę na
wezgłowie, zacisnęłam powieki. – Nie, nie będę tego robić.
Słowa wydawały się rozbrzmieć echem w
samochodzie i wrócić wprost w moją twarz, ponieważ właśnie to robiłam. Robiłam
dokładnie to, czego nie powinnam.
Nie mogłam tam wrócić, nie dla moich
przyjaciół ani po moją bluzę.
Wkładając kluczyki do stacyjki,
wycofałam auto spomiędzy dwóch aut. Nawet nie wiem jak dotarłam do domu. Nie
pamiętałam niczego z jazdy, tylko to, że stałam po środku mojego mieszkania,
starając się złapać oddech.
Dotarłam do korytarza, kiedy
zjechałam po ścianie, przyciskając kolana do piersi. Skuliłam się, wplatając
ręce we włosy. Zacisnęłam powieki, lecz łzy i tak wyleciały, padając na moje
policzki.
W myślach nie miałam zwątpienia, że
spieprzyłam – przesadziłam. Facet na imprezie był wstrętnie łapczywy, ale
przesadziłam. Pozwoliłam przeszłości zniekształcić, to co naprawdę się
wydarzyło. Spanikowałam, a Cam prawie wdał się przez to w bójkę.
Przycisnęłam czoło do kolan,
odsuwając włosy. Nie potrafiłam tego zrobić. Próbowałam i zmieniłam dobrą
zabawę w epicką porażkę. Co było ze mną nie tak?
Było na to kilka prawidłowych
odpowiedzi – dużo było nie tak. Nie było żadnych nowości, ale… tak bardzo
chciałam, żeby dzisiejszy wieczór był dobry, żeby ten wieczór był dodatkowym
pchnięciem w dobrym kierunku, jakikolwiek był to kierunek. Wezbrał się szloch i
zacisnęłam szczękę, aż bolały mnie zęby trzonowe. Zamiast tego byłam tutaj, z
powrotem tam gdzie zaczęłam.
#
Pulsowanie w mojej głowie wzrosło, aż
wydawało się, że całe mieszkanie waliło razem z nim. Krzywiąc się, otworzyłam
oczy i zorientowałam się, że byłam tam, gdzie usiadłam, w przedpokoju i bolało
mnie całe ciało. Zasnęłam na może godzinę lub dwie.
A walenie nie było tylko w mojej
głowie – było też w drzwi.
Podniosłam się z podłogi, śpiesząc do
drzwi w zamroczeniu. Byłam tak nieobecna, że nawet nie sprawdziłam kto to.
Cam wpadł do środka i byłam
przyciśnięta do jego torsu, zanim przetrawiłam co się dzieje. Silne ramiona
mnie objęły i podniósł rękę, przytulając moją głowę. Wzięłam głęboki wdech,
czując słaby zapach wody kolońskiej i alkoholu.
- Jezu Chryste – powiedział,
zaciskając dłoń na moich włosach. – Czemu nie odbierałaś swojego cholernego
telefonu?
- Myślę, że zostawiłam go w
samochodzie. – Mój głos był stłumiony przez jego klatkę piersiową.
Znowu zaklął, odsuwając się. Jego
dłonie pomknęły do moich policzków, przytrzymując mnie w miejscu w sposób,
który nie wywoływał mrocznych wspomnień. – Wydzwaniałem do ciebie – tak jak
Jacob i Brittany.
- Przepraszam. – Mrugnęłam powoli. –
Ja nie…
- Płakałaś. – Zmrużył oczy tak, że
jedynie wąski pasek błękitu był w nich widoczny. – Cholernie płakałaś.
- Nie, nie płakałam. – Kłamstwo
brzmiało kiepsko.
- Patrzyłaś w lustro? – zażądał.
Kiedy pokręciłam głową, opuścił ręce i zamknął za sobą drzwi. Potem złapał moją
dłoń. Mięsień poruszył mu się w szczęce, a gdy się odezwał, jego ton był
twardy. – Chodź.
Pozwoliłam mu zaciągnąć się do
łazienki. Gdy włączył górne światło, skrzywiłam się a potem zobaczyłam się w
lustrze. – O Boże…
Moje oczy były opuchnięte i czerwone,
ale to smugi czarnego tuszu naprawdę scementowały fakt, że moja pierwsza próba
uczestniczeniu w imprezie od pięciu lat nie skończyła się dobrze. Spotkałam się
wzrokiem z Camem w lustrze i zalało mnie zawstydzenie. Opuściłam głowę do rąk i
wymamrotałam. – Doskonale… Po prostu doskonale.
- Nie jest tak źle, kochanie. – Jego
głos złagodniał, jak położył dłonie na moich przedramionach. Delikatnie
odciągnął moje ręce. – Usiądź.
Usiadłam na opadniętej desce
sedesowej. Patrząc na palce, zmusiłam niemrawy mózg do myślenia. – Co tutaj
robisz?
- Co ja tutaj robię? – Przesunął
myjką pod kranem i kucnął przede mną. – Czy to poważne pytanie?
- Chyba nie.
- Spójrz na mnie. – Kiedy tego nie
zrobiłam, powtórzył. – Do cholery, Avery, spójrz na mnie.
Och. Gniew przeszedł przeze mnie jak
dym. Podniosłam brodę. – Zadowolony?
Mięsień wrócił, tykając. – Czemu
miałbym tutaj przyjść? Opuściłaś imprezę bez powiedzenia komukolwiek słowa.
- Powiedziałam…
- Powiedziałaś Brittany, że idziesz
wziąć trochę świeżego powietrza. To było trzy godziny temu, Avery. Myśleli, że
byłaś ze mną, ale kiedy później mnie zobaczyli, widzieli, że nie byłaś. Po tym
co się zdarzyło z tym dupkiem, wystraszyłaś ich.
Gniew odpłynął, zastąpiony przez
poczucie winy. – Nie chciałam tego. Po prostu zostawiłam telefon w aucie.
Nic nie powiedział, kiedy przejechał
myjką pod moimi oczami, ocierając tusz. – Nie musiałaś wychodzić.
- Przesadziłam. – Spuściłam rzęsy i
wypuściłam oddech. – Ten facet… naprawdę nie zrobił nic złego. Jedynie mnie
zaskoczył, a ja przesadziłam. Zepsułam imprezę.
- Nie zepsułaś imprezy. A ten
sukinsyn nie powinien cię obmacywać. Cholera. Słyszałem, jak mówiłaś „puść
mnie” i cholernie dobrze wiem, że on też. Może nie powinienem zareagować tak…
mocno, ale pieprzyć to. Obmacywał cię, a mnie się to nie podobało.
Tak, powiedziałam kolesiowi, żeby
mnie puścił, ale był pijany i głupi. Chciał tylko ze mną zatańczyć. Wiedziałam,
kiedy facet staje się groźbą. On nie sięgnął tego etapu. Kto wiedział czy by to
zrobił, ale to wspomnienia wyprowadziły mnie z równowagi.
- Nie musiałeś tutaj przychodzić –
powiedziałam w końcu, nagle bardzo zmęczona. – Powinieneś być na imprezie,
dobrze się bawiąc.
Cam milczał tak długo, że musiałam na
niego spojrzeć. Wyraz na jego twarzy mieszał się z chęcią mnie uduszenia, a
czymś o wiele, wiele innym. Poczułam coś dziwnego w brzuchu, niemal tak samo
jak było na imprezie, zanim wszystko poszło do diabła.
- Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? –
powiedział cichym, niskim tonem.
- Tak.
- To właśnie robią przyjaciele.
Sprawdzają czy u nich wszystko w porządku. Byliby tutaj Brittany i Jacob, ale
namówiłem ich żeby tam zostali.
Może całkowicie błędnie odczytałam
chwilę, którą mieliśmy. – Muszę iść po telefon i zadzwonić…
- Napiszę do Brittany. Mam jej numer.
– Odchylił się do tyłu na piętach, obserwując mnie. – Fakt, że nie
spodziewałabyś się, aby ktoś sprawdził czy u ciebie wszystko w porządku jest…
nawet nie wiem, co to jest.
Nic nie powiedziałam i zaczęłam
odwracać wzrok, lecz podniósł rękę, kładąc ją na moim policzku. Poruszył
kciukiem, przesuwając nim po skórze. Nasze oczy się spotkały, i chciałabym mieć
coś dowcipnego do powiedzenia, coś co wymazałoby ten wieczór. Cóż, wszystko
oprócz sposobu, w jaki patrzył na mnie na imprezie. Tak jakby mi się to
podobało.
Dobra. Naprawdę mi się to podobało,
ale nieważne.
- Dlaczego płakałaś? – zapytał. –
Poczekaj. Czy ten skurwiel cię skrzywdził, bo pójdę…
- Nie! W ogóle – powiedziałam szybko.
Miałam przeczucie, że wytropiłby tego faceta i stłukłby go na kwaśne jabłko,
gdyby sądził, że tamten mnie skrzywdził.
- Więc dlaczego? – Jego kciuk znowu
się poruszył, a ja wyprowadziłam się z jakiegoś dawno zapomnianego instynktu.
Odwróciłam głowę do jego wnętrza dłoni. – Rozmawiaj ze mną.
Rozmawianie było takie łatwe dla
większości ludzi, ale większość ludzi miało rzeczy, o których chcieli
rozmawiać. – Sama nie wiem. Chyba zachowywałam się po prostu jak dziewczyna.
Podniósł brwi. – Jesteś pewna, że to
wszystko?
- Tak – szepnęłam.
Znowu się nie odzywał przez kolejną
długą chwilę. Zamiast tego jego oczy przesunęły się po mojej twarzy wolno. –
Wszystko w porządku?
Potaknęłam.
Przesunął dłoń na dół, a jego kciuk
musnął kącik mojej wargi. Wessałam gwałtowny wdech, stając się nadświadoma
tego, jak blisko byliśmy. Dziwne, zdałam sobie sprawę. Chciałam powiedzieć coś,
żeby wymazać ten wieczór, ale to niekoniecznie słów potrzebowałam.
Dotyk, jedne spojrzenie było tak samo
mocne.
Nie myślałam o niczym innym prócz
niego w tym momencie. Była w tym wolność, jakiej jeszcze nigdy wcześniej nie
doświadczyłam.
Jego wzrok skupiony był na moich
ustach, a gdy tylko sobie to uświadomiłam, puls mi przyśpieszył, sprawiając że
krew płynęła szybciej. Niewiele przestrzeni nas dzieliło. Musiał tylko
przesunąć się dwa lub trzy cale i to byłoby to.
Wtedy podniósł wzrok.
Cam przeciął małą odległość między
nami, zanim miałam szansę się odsunąć. Serce wyrywało mi się w piersi na myśl,
że może mnie pocałować, że mogłam być dosłownie parę sekund od mojego
pierwszego pocałunku i nie miałam pojęcia co robić. Moje usta zabawnie się
czuły po całym płakaniu i siedziałam na sedesie, co prawdopodobnie nie było
najromantyczniejsze ze wszystkich opcji.
Ale nie pocałował mnie. Przycisnął
czoło do mojego i wypuścił nierówny oddech, który pachniał miętą. – Czasami
doprowadzasz mnie do pieprzonego szaleństwa.
Sama siebie doprowadzałam do pieprzonego
szaleństwa. – Przepraszam.
Cam trochę się odsunął, przesuwając
wzrokiem po mojej twarzy. – Nie uciekaj tak znowu, dobrze? Cholernie się
martwiłem, kiedy nie mogłem cię znaleźć i nikt nie wiedział, gdzie jesteś.
Niemal znowu przeprosiłam, ale
przeprosiny były jak życzenia. Było ich mnóstwo w moim życiu, obydwóch i żadne
nie zrobiło różnicy. Więc zrobiłam coś, czego chyba nigdy nie zrobiłam, nawet
nie przedtem.
Pochylając się do przodu,
przycisnęłam usta do jego gładkiego policzka. Rozszerzył oczy, a ja się
cofnęłam. Pod jego intensywnym spojrzeniem zastanawiałam się czy było to złą
rzeczą do zrobienia.
Cam zaczął przesuwać się do przodu a
potem się zatrzymał. Jego oczy były tak wielkie i były naprawdę piękne,
wyjątkowe w sposobie jaki barwa wydawała się pogłębić i pociemnieć. – Avery?
Przełknęłam ślinę. – Cam?
Nie dał mi swojego przekrzywionego
uśmiechu ani nie pokazał jednego dołeczka. – Umów się ze mną na randkę.
Poczułam szarpnięcie w klatce
piersiowej i przypomniał mi się ten moment, kiedy wrócił wcześnie do kampusu po
jesiennej przerwie i przyszedł prosto do mojego mieszkania. Coś we mnie wtedy
pękło i teraz również, jak ściana… zastrzeżenia. Impreza się nie udała, ale
Cam… on był inny. Zawsze był inny.
I był tutaj. To musiało coś znaczyć.
Na pewno tak to czułam.
Mózg mówił mi, że to zły pomysł i
powiedziałam mózgowi, żeby się do cholery zamknął, bo rzadko mówił mi coś
pomocnego. Wzięłam głęboki wdech, taki którego nie potrzebowałam. – Tak.
#
Jacob siedział naprzeciwko mnie i
Brittany w małej kafejce w mieście, mając parę czarnych okularów
przeciwsłonecznych i melonik ze swojego Halloweenowego kostiumu. Nasza trójka
uciekła z historii. To był jego pomysł i szczerze mówiąc, byłam zbyt na haju,
żeby siedzieć w klasie. Poza tym jedyne zajęcia, które pominęłam w całym
semestrze to był pierwszy dzień astronomii. Uciekanie raz jeszcze, nawet jeśli
był to mój kierunek, nie mogło być takim wielkim przestępstwem.
Jęknął, popijając swoją latte. –
Ktokolwiek pozwolił mi wypić tyle ile wypiłem ostatniej nocy powinien być
spoliczkowany.
Zerknęłam na Brit, podnosząc moje
czekoladowe ciastko. Posłała mu zażenowane spojrzenie. – Cóż, ty pozwoliłeś mi
spędzić „dobry czas” z Jimmiem, więc nieważne.
- I jak poszło? – zapytał, zsuwając
okulary i przeszywając ją przekrwionymi oczami. – Trochę zabawnie szłaś do
swojego auta. – Brit prychnęła. – Ta, zbyt bardzo chwalisz Jimmiego. Wyszłam z
tobą, a kiedy potem Jimmie do mnie napisał, bo hello, czemu miałby tego nie
zrobić? Nie odpisałam. Byłam dobrą dziewczynką.
- Dobrze, bo jeśli facet nie sprawia
że chodzisz zabawnie po seksie, to prawdopodobnie nie jest wart pisania o nim
mamie. – Jacob przeniósł spojrzenie na mnie. – Ale ty, panienko, wciąż jestem
na ciebie wkurzony.
- Tak jak i ja – wtrąciła Brit,
uderzając mnie w ramię, kiedy sięgnęłam po moją gorącą czekoladę. – Napędziłaś
mi strachu wczoraj wieczorem. Myślałam, że zostałaś porwana.
- Naprawdę za to przepraszam. Poszłam
do domu i zostawiłam komórkę w samochodzie. – Kiedy sądziłam, że nie walnie
mnie znowu, objęłam palcami mój kubek. – Czuję się okropnie. Nie chciałam,
żebyście się martwili.
- Cóż, martwiliśmy się… - Uśmiechnął
się. – Gdy zorientowaliśmy się, że cię nie ma. Zajęło to około godziny.
Brit zrobiła minę, kiwając głową. –
To prawda. Więc jeśli zostałabyś porwana, cóż, to byłoby do bani.
Zaśmiałam się, niemal dławiąc się
piciem. – Wow. Nie wiem czy teraz powinnam czuć się mniej winna.
- Ta, jesteśmy gównianymi
przyjaciółmi. – Jacob oparł się, odchylając kapelusz. – Tyle że totalnie się
zrehabilitowaliśmy, wciągając Cama.
Moje serce znowu wykonało gwiazdę.
- Naprawdę myśleliśmy, że z nim byłaś
– rzekła Brit, zwędzając kawałek mojego ciastka. – Dlatego właśnie tak długo
nam to zajęło, ale wtedy zobaczyliśmy jak wychodzi z jednego z pokoi razem z
Jasem i Olliem.
- Był poważnie zmartwiony, kiedy
zapytaliśmy czy cię widział. – Jacob potarł skórę ponad brwiami. – Od razu
stamtąd wyszedł z Olliem i zaczął szukać twojego auta.
Brit potaknęła, przyglądając się
mojemu ciastku. – Było to całkiem romantyczne, zwłaszcza dlatego że nie leżałaś
gdzieś martwa.
Zaśmiałam się, przesuwając w jej
stronę ciasto.
- A potem pośpieszył, jak rycerz w
lśniącej zbroi, opuszczając imprezę i jednego bardzo niezadowolonego Czerwonego
Kapturka. – Brit radośnie zaczęła wcinać ciasto. – Poważnie, Avery, wiem, że
mówisz, że nie bardzo chcesz przejść na następny etap, ale musisz się z nim
umówić.
- Zrobiłam to – powiedziałam cicho,
trzymając blisko gorącą czekoladę.
- Ponieważ on nie będzie wciąż prosił
– ciągnęła beztrosko. – Pójdzie dalej a ty będziesz tkwić w swoim mieszkaniu,
wypłakując swoje serduszko i…
- Brit, zamilcz na chwilę. – Jacob
pochylił się do przodu i zsunął okulary. – Chwila. Czy ty właśnie powiedziałaś,
że się z nim umówiłaś?
- Ta. – Teraz moje serce zrobiło
salto do tyłu. Jedynie mówienie o tym wypełniało mnie absurdalną ilością
zdenerwowania. – Znowu mnie zapytał i się zgodziłam.
Brit odsunęła moje ciastko od ust z
wytrzeszczonymi oczami. – Co? Kiedy to się stało?
- Zeszłego wieczora – odpowiedziałam.
- Kiedy poszedł sprawdzić co u
ciebie? – zapytał Jacob.
Potaknęłam.
- Cholera jasna – wyszeptała Brit. –
Umówiłaś się z Camem.
- Na randkę – dodałam. – To naprawdę
nie jest wielka sprawa.
Oczywiście, że to była wielka sprawa
dla mnie. Będzie to moja pierwsza randka – to było wielkie. Niemożliwe, żebym
podzieliła się z nimi tym łakomym kąskiem. Było wystarczająco źle, że Cam już
znał ten żenujący sekret.
- Klaskałbym w tej chwili jak foka,
gdybym nie miał tak pieprzonego kaca, żebyś wiedziała. Wewnątrz robię dla
ciebie szczęśliwe pajacyki z brokatowymi pomponami. – Jacob zaśmiał się z miny,
jaką zrobiłam. – Najwyższa pora. Pytał cię przez…?
Wzruszyłam ramionami. – Nie tak
długo.
Brit gapiła się na mnie a kawałek
ciasta spadł na stolik, wywołując we mnie chichot. – Chciał się z tobą umówić
od końca sierpnia. Jest pierwszy listopad, Avery, jakbyś nie mogła określić
czasu. Większość facetów nawet nie pamięta imienia dziewczyny przez taką
długość czasu.
Uniosłam brwi.
- To prawda – skomentował Jacob. –
Zapominam twojego imienia raz w tygodniu.
Zaśmiałam się.
- Więc kiedy wychodzicie? – zapytała,
rozplatając swojego kucyka a potem robiąc go od nowa. – Co robicie?
Byłam pewna, że teraz moje serce
robiło pajacyki, o których Jacob przekonał że działy się w jego wnętrzu. – Nie
wychodzimy do następnego weekendu. Ma wypracowanie do napisania w ten weekend i
już ma plany z Olliem – jedna z tych zróżnicowanych sztuk walki na opłacanym
kanale. – Cam zaprosił mnie, żebym wtedy przyszła, ale wyglądało to na wieczór
facetów. – Myślę, że pójdziemy do jakiejś restauracji w Hagerstown w następną
sobotę.
Oczy Brit rozbłysły. – O mój Boże,
dziewczyno, mamy tonę czasu na przygotowanie się.
- Potrzebuję tygodnia na
przygotowanie się?
Jej głowa energicznie podskoczyła. –
Musisz zrobić sobie włosy, paznokcie, a potem powinnaś zrobić depilację
woskiem, no wiesz, na dole…
- Dobra, kiedy zaczynacie gadać o
depilacji woskiem zakazanych miejsc, to znak dla mnie, żeby się stąd zmyć. –
Jacob złapał swoją torbę i wstał. Zatrzymując się przy mnie, pocałował mnie w
policzek. – Poważnie, to najwyższa pora.
Moje policzki się rozgrzały i
mruknęłam – Dzięki – ale tak naprawdę nie wiedziałam dlaczego, bo wydawała się
to dziwna pora na podziękowania.
Po tym jak Jacob wypadł na zewnątrz,
Brit podniosła swój kubek. – Poważny moment?
- Okej. – Domyśliłam się, że zaraz
dostanę szczegółową lekcję o brazylijskim woskowaniu i się przygotowałam.
Brit odwróciła się do mnie, a kiedy
się odezwała, jej głos był wyjątkowo cichy. – Zeszłej nocy na imprezie, kiedy
ten koleś próbował z tobą zatańczyć…
O-o. Żołądek wylądował w moich
palcach u stóp. – Tak?
- Co pomiędzy wami się wydarzyło? –
Zwilżyła wargi. – Widziałam jak cię obmacywał.
Odwróciłam wzrok, przełykając nagłe
uczucie mdłości. – Tylko tyle zrobił. Po prostu mnie zaskoczył i przesadziłam.
Czuję się jak totalna idiotka.
Brit ssała wargę między zębami,
przyglądając mi się. – Nie żeby to jakiś facet cię obmacuje było fajne, bo nie
jest i choć się to cholernie zdarza na imprezach przez cały czas, jest to
naprawdę irytujące. – Urwała. – Czemu przesadziłaś?
Prostując się w krześle, przesunęłam
dłońmi po udach. – Jak powiedziałam, byłam po prostu zaskoczona. Zaskoczył
mnie.
- Zaskoczył cię… - powtórzyła, po
czym wzięła głęboki wdech. – Okej. Będę z tobą szczera. To właśnie robią
przyjaciele, prawda?
Wzrósł niepokój, przesuwając się po
moim ciele. – Prawda.
Była chwila przerwy. – Widziałam
twoją twarz, Avery. Byłaś przerażona. To nie było po prostu bycie zaskoczoną
czy dlatego, że nie chodzisz na imprezy. I nie chcę być ignorantką mówiąc to,
więc proszę Boga, żebyś tak tego nie przyjęła, ale nie jest to normalna
reakcja.
Nie normalna reakcja. Czy tego nie wiedziałam? Spojrzałam na nią i nagle chciałam powiedzieć
jej prawdę – powiedzieć jej wszystko. Potrzeba była niewytłumaczalna i mocno
mnie trzymała. Wyszła, zatrzymując się na końcu języka. Lata warte ciszy
wisiały w powietrzu pomiędzy nami. Brit czekała z otwartym wyrazem twarzy i
już, zanim w ogóle otworzyłam usta, widziałam to w jej oczach i w napięciu
wokół jej ust. Nie była głupia. Coś podejrzewała, może nawet najgorsze.
Współczucie. Może nawet litość świeciła w jej oczach.
- Czy… czy coś ci się przydarzyło,
Avery? – zapytała cicho.
Potrzeba żeby jej powiedzieć, żeby
powiedzieć komuś sflaczała jak balon
przekłuty maleńką szpilką. Przeniosłam wzrok na okno i dalej, na zatłoczoną
ulicę na zewnątrz. Pokręciłam głową. – Nie, nic mi się nie przydarzyło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz