wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 4

Powlekłam się do klasy astronomii dziesięć minut wcześniej i wybrałam, jak sądziłam, niepozorne miejsce pośrodku klasy w amfiteatralnym stylu. Kilka innych studentów już tam było, siedząc z przodu. Ziewając, zajęłam miejsce i potarłam oczy. Galon kawy, który rano wypiłam nic mi nie poradził, biorąc pod uwagę, że miałam tylko godzinę snu.
Trzy zdania.
Zamykając oczy, położyłam głowę na przedramieniu. Nie chciałam myśleć o mailu lub fakcie, że znowu otworzyłam laptopa i weszłam do folderu z koszem, żeby zobaczyć, co napisał mój kuzyn. Jego mail był jednym wielkim jęczeniem jak to rozczarowywałam swoich rodziców i jak jego byli zmartwieni i bali się, że przepchnę mamę i tatę przez kolejny epizod. Musisz przyjechać do domu, napisał. To jest właściwa rzecz. To była dla nich właściwa rzecz, a mój kuzyn był po stronie moich rodziców i och, 99 procent miasta, jednak wątpiłam, że to on był za tym mailem.
Adres mailowy był dla mnie nieznany, a że było dużo ludzi, od których mógł on przyjść, naprawdę nie wiedziałam, kto to jest. To nie mógł być on, bo nawet on nie był tak głupi, żeby próbować się ze mną skontaktować.
Albo był?
Ciarki przeszły mi po plecach. Co jeśli to był Blaine? Co jeśli dowiedział się, gdzie się przeniosłam? Moja rodzina by mu nie powiedziała. Ale mogli powiedzieć jego rodzicom, ponieważ byli, no przecież, kolegami z klubu. Zamorduję ich, jeśli to zrobili. Poważnie. Złapię następny samolot do Teksasu i zamorduję ich, bo cały sens przyjechania tutaj był, żeby oderwać się od…
- Dobry, kochanie – przyszedł niski głos.
Podniosłam głowę i odwróciłam się na miejscu. Od zaskoczenia do oniemienia patrzyłam jak Cam zajmuje puste miejsce obok mnie. Trochę wolno się orientowałam, bo wiedziałam, że powinnam powiedzieć, że miejsce jest zajęte lub powiedzieć mu, żeby sobie poszedł, ale mogłam tylko patrzeć.
Usadowił się wygodnie, patrząc na mnie bokiem. – Wyglądasz dziś rano trochę marnie.
A on wyglądał na niezwykle odświeżonego jak na kogoś, kto imprezował ostatniej nocy. Rozczochrane wilgotne włosy, błyszczące oczy. – Dzięki.
- Nie ma za co. Cieszę się widząc, że dotarłaś na czas do klasy. – Zamilkł, opierając głowę o siedzenie i kładąc nogi na siedzeniu przed nami, jego wzrok na mnie. – Choć trochę brakuje mi tego całego wpadania na siebie. Zapewniało dużo ekscytacji.
- Ja za tym nie tęsknię – przyznałam, pochylając się i przeszukując swoją torbę po mój zeszyt. – To było naprawdę żenujące.
- Nie powinno być.
- Łatwo ci mówić. To w ciebie wpadnięto. To ja wpadłam.
Cam otworzył usta. O mój Boże, czy ja naprawdę to powiedziałam? Tak. Czerwieniejąc do samych cebulek włosów, otworzyłam zeszyt.
- Rafael ma się świetnie, tak w ogóle.
Wymknął mi się uśmiech ulgi. – Dobrze słyszeć. Nasikał ci na rękę?
- Nie, ale było blisko. Przyniosłem ci coś.
- Siki żółwia?
Cam zaśmiał się i pokręcił głową, sięgając do swojego plecaka. – Przykro mi cię zawieść, ale nie. – Wyciągnął papiery razem zszyte. – To program nauczania. Wiem. Ekscytujące gówno, ale pomyślałem, że skoro nie przyszłaś na zajęcia w poniedziałek, to będziesz tego potrzebować, więc wziąłem to od profesora.
- Dziękuję. – Wzięłam od niego kartkę, w jakiś sposób zszokowana uczynkiem. – To bardzo życzliwe.
- Cóż, przygotuj się. W tym tygodniu jestem bardzo życzliwy. Przyniosłem ci coś jeszcze.
Zagryzłam koniec długopisu, gdy on się grzebał i wzięłam moment na otwarte gapienie się na niego, gdy on tego nie wie. Naprawdę minęło dużo czasu odkąd trzymałam rozmowę z płcią przeciwną, która nie była ze mną spokrewniona, ale z całego obserwowania ludzi przez lata, myślałam że dobrze mi idzie. Poza komentarzem z wpadaniem, byłam z siebie całkiem dumna.
Cam wyciągnął serwetkę i rozwinął ją długimi palcami. – Ciasteczko dla ciebie. Ciasteczko dla mnie.
Wyciągając długopis z ust, pokręciłam głową. – Nie musiałeś tego robić.
- To tylko ciasteczko, kochanie.
Znowu pokręciłam głową, bo to nie miało dla mnie sensu. Cam nie miał dla mnie sensu. Do diabła, większość ludzi nie miało dla mnie sensu.
Spojrzał na mnie przez te niemożliwie długie rzęsy i westchnął. Przedzierając w połowie serwetkę, złożył jedno z ciasteczek i położył mi na kolanie. – Wiem, że mówią, że nie powinno brać się cukierków od nieznajomych, ale to ciasteczko, nie cukierek i technicznie ja nie jestem nieznajomym.
Przełknęłam ślinę.
Cam ugryzł swoje ciasteczko i zamknął oczy. Głęboki dźwięk wyszedł z jego gardła – pomruk przyjemności. Serce mi podskoczyło, a policzki paliły mnie jeszcze bardziej, gdy patrzyłam na niego. Znowu zrobił ten dźwięk, a ja otworzyłam szeroko usta. Rząd w dół, dziewczyna odwróciła się w miejscu, jej oczy się zamgliły.
- Czy naprawdę jest takie dobre? – zapytałam, zerkając na ciasteczko na moim kolanie.
- O tak, jest najlepsze. Mówiłem ci ostatniej nocy. Byłoby lepsze, gdybym miał mleko. – Wziął kolejny gryz. – Mmm, mleko.
Ośmieliłam się na niego zerknąć i wyglądał jakby był bliski orgazmu czy coś.
Otworzył jedno oko. – To połączenie orzechów i czekolady. Mieszasz to razem i jest to jak wybuch seksu w twoich ustach, ale nie tak nieporządny. Jedyną lepszą rzeczą byłyby te maleńkie Reese’s Cups. Kiedy ciasto jest ciepłe, wrzucasz to… W każdym razie, musisz go spróbować. Weź mały gryz.
Och, co do diabła? To było tylko ciasteczko, a nie narkotyk. Zachowywałam się głupio. Rozwinęłam serwetkę i ugryzłam. Ciasteczko praktycznie rozpłynęło mi się w ustach.
- Dobre? – powiedział Cam. – Prawda?
Znowu ugryzłam i potaknęłam.
- Cóż, mam ich całą tonę w domu. – Rozciągnął się, rolując serwetkę. – Tylko mówię.
Kończąc ciasteczko, musiałam przyznać że było to całkiem cholernie dobre ciasteczko. Wycierając palce, zaczęłam zwijać serwetkę, ale Cam sięgnął i zabrał ją ode mnie. Trochę odwrócił się na swoim siedzeniu, a jego kolano otarło się o moją nogę.
- Okruch – powiedział.
- Co?
Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy, a wtedy wyciągnął rękę, bez serwetki, i nim zorientowałam się co on robi, przejechał kciukiem po mojej dolnej wardze. Każdy mięsień w moim ciele zamarł i stał się boleśnie napięty. Oczy mi się powiększyły, a powietrze zatrzymało się w gardle. Dotyk był lekki, prawie nic, ale czułam go w kilku częściach ciała.
- Mam go. – Jego uśmiech się rozszerzył.
Moja warga wciąż mrowiła. Tylko o tym mogłam myśleć. Nie ruszyłam się, dopóki drzwi na przodzie klasy się otworzyły i najdziwniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziałam wszedł do środka. Ubrany od stóp do głów w oliwkowy poliester mężczyzna miał gęste, kręcone włosy które były roztrzepane w każdą stronę, przepieprzone czernią i szarością. Jego okulary były wielkie, opierające się o koniec nosa. Gdy podszedł na główną scenę, zauważyłam, że nosił parę Vansów w kratę… które pasowały do jego muszki.
Cam cicho zachichotał. – Profesor Drage jest bardzo… wyjątkowym człowiekiem.
- Widzę – wymamrotałam.
Profesor Drage miał akcent, którego nie mogłam umiejscowić, ale opierając się o jego oliwkową cerę, stawiałam na Morze Śródziemne lub bliski wschód. Przeszedł od razu do tematu – żadnego wyczytania listy czy ostrzeżenia. Starałam się nadążyć do jego wprowadzenia do pola astronomii, jednostek i pomiarów, podczas gdy Cam przesunął się jeszcze niżej w swoim miejscu i otworzył zeszyt. Jego pióro robiło szybkie, krótkie kreski na papierze, ale nie robił notatek.
Rysował.
Przekrzywiając głowę, próbowałam skupić się na tym, co do diabła znaczy jednostka astronomiczna, co było jakąś szaloną liczbą, której nawet nie mogłam zapamiętać. Okazało się być średnią odległością orbity Ziemi do Słońca. To było ważne, bo jednostki astronomiczne były używane do określenia większości odległości w naszym Układzie Słonecznym, ale zorientowałam się, że zerkam na zeszyt Cama.
Co do cholery on rysował?
- Większość z was, dzieciaki, nie obchodzą jednostki astronomiczne albo nigdy o nich nie słyszała – ciągnął profesor Drage, przesuwając się po długości sceny. – Z czym jesteście zaznajomieni, to termin „rok świetlny”. Choć wątpię, żeby ktokolwiek z was naprawdę, prawdziwie rozumiał co to jest rok świetlny.
Byłam całkiem pewna, że Cam rysował Wielką Stopę.
Wykład się ciągnął, aż nagle profesor Drage zmienił na końcu bieg, zaskakując mnie i wszystkich innych oprócz Cama i zaczął rozdawać nasze mapy gwiazd. – Wiem, że dziś jest dopiero środa, ale tu jest wasze pierwsze zadanie na weekend. Niebo ma być czyste jak pupa niemowlaka w sobotę.
- Czyste jak pupa niemowlaka? – mruknęłam.
Cam zachichotał.
- Chcę, żebyście znaleźli Coronę Borealis na niebie – prawdziwym, najprawdziwszym, nocnym niebie – wyjaśnił profesor Drage, uśmiechając się, jakby powiedział coś zabawnego, lecz wszyscy się na niego gapiliśmy. – Nie będziecie potrzebować teleskopu. Użyjcie swoich oczu, okularów, soczewek, czegokolwiek. Możecie ją zobaczyć w piątkową lub sobotnią noc, ale pogoda wygląda pobieżnie w piątek, więc wybierzcie mądrze.
- Chwila – powiedział ktoś z przodu. – Jak używa się tej mapy?
Cam podał mi mapę, która była podawana w naszym rzędzie, razem z kilkoma kartkami w kratkę.
Profesor Drage zatrzymał się na przodzie klasy. – Patrzy się na nią.
Powstrzymałam śmiech.
Student naburmuszył się. – Wiem, ale podnosimy ją do nieba czy coś?
- Pewnie. Możecie to zrobić. Albo możecie popatrzeć na każdą z konstelacji, zobaczyć jak one wyglądają, a potem użyć własnych oczu i mózgów, żeby znaleźć ją na niebie. – Profesor zamilkł. – Lub użyć Google. Chcę, żebyście wszyscy zaczęli zaznajamiać się z obserwowaniem gwiazd. Będziecie robić to dużo razy w tym semestrze i docenicie robienie tego teraz, kiedy jest ciepło. Więc spotkajcie się ze swoim partnerem i wybierzcie czas. Kartka ma być do mnie zwrócona w poniedziałek. To wszystko na dziś. Powodzenia i niech moc wszechświata będzie dzisiaj z wami.
Kilka studentów się zaśmiało, ale mi żołądek podszedł do gardła.
- Partnerem? – powiedziałam cicho, jak oszalała rozglądając się po klasie. Niemal wszyscy byli odwróceni w swoich siedzeniach, rozmawiając z drugą osobą. – Kiedy wybieraliśmy partnerów?
- W poniedziałek – odpowiedział Cam, zamykając swój zeszyt i wpychając go do plecaka. – Nie było cię tutaj.
Serce waliło mi w piersi, jak obniżyłam się na siedzeniu. Kurczę. Profesor Drage już wyszedł z klasy. Połowa studentów była już za drzwiami.
- Avery?
Jak do diabła miałam teraz znaleźć partnera? Naprawdę nie powinnam uciekać jak małe dziecko w poniedziałek. To wszystko było moja wina.
- Avery.
Gdzie jest biuro profesora? Będę musiała znaleźć kolesia i wytłumaczyć, że nie mam partnera. Założę się, że jego biuro też pachnie dziwnie, jak jądra ćmy.
- Avery.
- Co? – warknęłam, odwracając się do Cama. Dlaczego on dalej tutaj siedział, wpatrując się we mnie?
Podniósł brwi. – Jesteśmy partnerami.
- Co?
- Jesteśmy. Partnerami – powtórzył, po czym westchnął. – Drage kazał klasie wybrać sobie partnerów na samym początku zajęć w poniedziałek. Wszedłem po tym i na koniec powiedział mi, że mam wybrać sobie partnera z kimkolwiek kto dołączy na zajęcia w środę albo będę sam. A skoro nie lubię pomysłu bycia bez partnera, ty i ja jesteśmy partnerami.
Wpatrywałam się w niego. – Mamy wybór żeby robić to samemu?
- Ta, ale kto chce iść patrzeć na niebo w nocy samemu? – Wstał i zarzucił plecak na ramię, ruszając w dół rzędów. – W każdym razie, znam idealne miejsce, gdzie możemy zrobić nasze zadanie. Musi to być w sobotę, bo mam plany w piątek.
- Poczekaj. – Wstałam, biegnąc za nim. – Ja tak.
- Masz plany w sobotę? – Zmarszczył brwi. – Cóż, mogę…
- Nie. Nie mam planów w sobotę, ale nie musimy być partnerami – wyjaśniłam. – Mogę to zrobić sama.
Zatrzymał się tak gwałtownie przed drzwiami, że niemal miałam powtórkę z poniedziałku. – Dlaczego chciałabyś robić całe zadania – a jeśli spojrzysz na jego zakres zajęć, jest ich dużo – całkiem sama?
- Cóż, tak naprawdę nie chcę. – Przestąpiłam z nogi na nogę. – Ale nie musisz być moim partnerem. Nie jesteś mi nic winien czy coś.
- Nie rozumiem o czym mówisz. – Cam przekrzywił głowę.
- Mówię o tym, że… - zamilkłam. O czym ja do cholery mówię? Problemem było to, że nie rozumiałam go – ani trochę. Nie znał mnie. Ja go nie znałam, a jednak był taki… taki przyjazny. Następne słowa po prostu wyszły z moich ust. – Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
Podniósł brew. – Czy to poważne pytanie?
- Tak.
Patrzył na mnie przez chwilę. – Dobra, sądzę, że jestem po prostu miłym facetem. A ty jesteś oczywiście nowa – studentka pierwszego roku. Wydawałaś się trochę zagubiona w poniedziałek a potem uciekłaś, nawet nie chciałaś wejść do klasy, a ja…
- Nie chcę twojej litości. – Byłam wstrząśnięta. Był dla mnie miły, bo myślał, że jestem dziwakiem z pierwszego roku. O Boże, to było…
Cam zmarszczył brwi, naprawdę zmarszczył. – Nie masz mojej litości, Avery. Mówię tylko, że wydawałaś się być zagubiona w poniedziałek i pomyślałem, że będziemy partnerami. – Zatrzymał się i zmrużył oczy. – Widzę, że mi nie wierzysz. Może to ciasteczko? Odmówiłaś spróbowania moich ciasteczek ostatniej nocy i szczerze zamierzałem zjeść drugie ciasteczko, ale wyglądałaś na tak zmęczoną i smutną siedząc tam, że pomyślałem, że ty potrzebujesz ciasteczka bardziej niż ja.
Nie mogłam powiedzieć czy żartował, czy nie, ale był wyraźny błysk rozbawienia w jego oczach.
- I jesteś ładna – dodał.
Zamrugałam. – Co?
Te zachmurzenie zniknęło, kiedy otworzył drzwi, wyprowadzając mnie z klasy na korytarz. – Nie mów mi, że nie wiesz, że jesteś ładna. Jeśli tak, to stracę całą wiarę w ludzkość. Nie chcesz być za to odpowiedzialna.
- Wiem, że jestem ładna… to znaczy, nie o to mi chodziło. – Boże, brzmiałam próżnie. Pokręciłam głową. – Nie myślę, że jestem brzydka. O to mi…
- Dobrze. Teraz już to rozwiązaliśmy. – Ciągnąc moją torbę, pokierował mnie do klatki schodowej. – Uważaj na drzwi. Potrafią być podstępne.
Zignorowałam to. – Co ten komentarz z ładnością ma z czymkolwiek wspólnego?
- Zapytałaś mnie, dlaczego jestem dla ciebie miły. Jest to wzajemnie korzystne.
Dotarło to do mojej świadomości i zatrzymałam się stopień nad nim. – Jesteś dla mnie miły, bo myślisz, że jestem ładna?
- I dlatego, że masz brązowe oczy. Mam słabość do starych dużych brązowych oczu. – Zaśmiał się. – Jestem bardzo płytkim chłopcem. Hej, to pomaga że jesteś ładna. Wyciąga to ze mnie miłego faceta. Sprawia, że chcę dzielić się z tobą ciasteczkami.
Patrzyłam na niego. – Więc gdybym była brzydka, nie byłbyś dla mnie miły? – Cam obrócił się, stając przede mną. Nawet cały stopień niżej był ode mnie wyższy. – Wciąż byłbym dla ciebie miły, gdybyś była brzydka.
- Dobra.
Szelmowski uśmiech przemknął po jego pełnych wargach. Pochylił głowę i szepnął. – Tylko nie zaproponowałbym ci żadnych ciasteczek.
Skrzyżowałam ramiona i próbowałam zignorować bardzo małą odległość pomiędzy naszymi twarzami. – Zaczynam myśleć, że ciasteczka są słowem klucz na coś innego.
- Może są. – Znowu pociągnął za moją torbę, gdy wziął pewny krok do tyłu, zmuszając mnie do zejścia o kolejny stopień. – I pomyśl o tym. Jeśli ciasteczko byłoby słowem klucz, cokolwiek to symbolizuje, było w twoich ustach, kochanie.
Część mnie była nieznacznie zaniepokojona tym, a druga część? Śmiech zabulgotał w moim gardle i wyszedł brzmiąc trochę zachrypnięto. – Jesteś naprawdę…
- Zdumiewający? Niesamowity? – Zatrzymał się, podnosząc brwi. – Cudowny?
- Zamierzałam powiedzieć dziwaczny.
- Cóż, do diabła, jeśli miałbym uczucia, to mogłoby zaboleć.
Uśmiechnęłam się szeroko, wpadając z nim w łatwe przekomarzanie. – Przypuszczam, że to dobrze, że nie masz tych uczuć, co?
- Tak sądzę. – Zszedł parę schodów na dół i zatrzymał się u podnóża. – Lepiej się pospiesz albo spóźnisz się na swoje następne zajęcia.
Jasna cholera! Miał rację.
Cam roześmiał się z moich rozszerzonych oczu i usunął się z mojej drogi, gdy zbiegłam ze schodów. – Cholera, gdybyś tylko ruszała się tak szybko za moimi ciasteczkami, byłbym szczęśliwym facetem.
- Zamknij się! – rzuciłam przez ramię, docierając do następnych schodów.
- Hej! – krzyknął za mną. – Nie chcesz wiedzieć, na co ciasteczka są słowem klucz?
- Nie! Dobry Boże, nie!

Jego śmiech śledził mnie korytarzem i całą drogę do mojej następnej klasy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz