wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 17

Długo po tym jak Cam wyszedł, leżałam pobudzona w łóżku. Ta bezsenna noc była inna od wszystkich. Pokonała je wszystkie. Moje ciało było mi obce, obolałe i stanowczo zbyt rozgrzane. Już zdjęłam kołdrę, a cienkie prześcieradło wciąż ocierało moją skórę. Przewróciłam się na bok, zagryzając wargi i zaciskając uda.
Nienawidziłam Cama.
Nie bardzo.
Ale nienawidziłam go za jego „dobranoc”, za to, że wyszedł i za to, że byłam tak napięta, iż kiedy tylko się poruszyłam, moja ultraczuła skóra chciała więcej.
Więcej.
Nie nienawidziłam Cama.
Przewracając się na plecy, odsunęłam kołdrę. Chłodne powietrze spłynęło po moich nagich ramionach i po klatce piersiowej. Pod bawełnianym bezrękawnikiem czubki moich piersi stwardniały i zadrżały, tak bardzo, że stało się to bardziej niż irytujące i poszło prosto w prawie bolesne terytorium.
Podniosłam kolana i jęk opuścił moje rozchylone usta, gdy napięcie pulsowało od moich ud do piersi. Rozprostowując nogi, złapałam pod sobą prześcieradło i starałam się oczyścić swoje myśli, ale myślałam tylko o pocałunku Cama, sposobie, w jakim jego usta były przyciśnięte do moich, jak jego język był wilgotny i ciepły wewnątrz moich ust. Wciąż smakowałam czekoladę i dalej czułam jego mięśnie napinające się pod moimi rękami. Zaparło mi dech na widmowy dotyk, który sprowokowały wspomnienia tyłu jego dłoni muskających moje piersi.
To, co czułam było dla mnie całkowicie nowe. Jakby pocałunek Cama przesunął włącznik w moim ciele, ale nie byłam głupia. Nie byłam naiwna czy tak niedoświadczona, aby nie być świadomą tego, że byłam podniecona. Że moje ciało się obudziło, jak Śpiąca Królewna wychodząca z głębokiego snu i moje ciało domagało się więcej.
Położyłam dłoń na brzuchu i podskoczyłam. W gardle podniosło mi się tętno, serce zabiło mocniej. Pomiędzy udami ból się nasilił. Otworzyłam oczy i skupiłam je na ciemnym suficie. Wstrzymałam oddech, zsuwając rękę w dół. Było to jak doświadczenie poza ciałem, jakbym naprawdę nie miała kontroli nad tym, co robiłam.
Zamknęłam oczy, wsuwając dłoń pod luźny pasek moich spodenek. Mięśnie w brzuchu się skurczyły, oddech przyśpieszył. Koniuszki palców sięgnęły kłębka nerwów tam na dole i zastrzyk czystej elektryczności zapalił się w moich żyłach. Zagryzłam wargę, żeby powstrzymać krzyk budujący się w gardle. Z walącym sercem, palce prześlizgnęły się przez wilgoć, która tam się zebrała.
Część mnie nie mogła uwierzyć, że to robiłam.
Nie mogłam uwierzyć, że zabrało mi tak długo, żeby to zrobić.
Ale byłam poza punktem przerwania. W głowie pojawił mi się obraz Cama. Jego niebieskie oczy płonęły gorącem, a usta były na moich, nakłaniając do otwarcia, niebiańsko cierpliwe, a jednak zdeterminowane. Palce przesuwały się po omacku, bo naprawdę nie miałam pojęcia, co robię, ale wydawało się działać. Głaskałam się i było to przyjemne, lecz wydawało się to tylko podniecać ogień, sprawiając, że palił jeszcze bardziej. Czułam się opuchnięta i byłam pewna, że zacznę krzyczeć, jeśli ból jeszcze wzrośnie.
Złapałam dolną wargę zębami. Palec ruszał się tam i z powrotem, zanim wzięłam głęboki wdech i go wsunęłam. Opuścił mnie gwałtowny oddech, kiedy napięcie się skręciło. Okej. To było dobre. Wsunęłam trochę głębiej, a nacisk wnętrza mojej dłoni na wzgórek wysłał kolejny wstrząs. Biodra drgnęły, a palenie rozprzestrzeniło się we wnętrzu. Instynkt wydawał się przejąć kontrolę. Kołysałam biodrami w małych kółkach, a napięcie budowało się głębiej i głębiej. Dźwięk, który wyszedł z mojego gardła zawstydziłby mnie, gdyby ktokolwiek go usłyszał, ale w tej chwili, w ciemności mojego pokoju, uczynił mnie jeszcze gorętszą.
Biodra przycisnęły się do ręki i wydawało się, jakby sznur został zaplątany w węzeł gdzieś głęboko we mnie. Czułam to i wiedziałam, że nadchodzi, już za chwilę. W jednej chwili wyobraziłam sobie, że Cam to robi – jego ręka, jego palce i to było to. Jęk wybuchnął z głębi mojego ciała, kiedy sznur się rozwiązał, chłostając moje ciało i rozdzierając wszystkie myśli.
Kiedy moje tętno wróciło do normy, a drżenie ustąpiło, opadłam na poduszki, trzęsły mi się ramiona i nogi. Jasna cholera, więc takie to było? Przewróciłam się na bok, usta rozciągnęły się w słabym uśmiechu. Poduszka stłumiła mój gardłowy śmiech.
Jakoś jednak, nawet, kiedy przyjemny, rozwlekły spokój opanował moje ciało, porywając mnie do snu, wiedziałam, że cokolwiek właśnie poczułam, czegoś w tym brakowało. Że z facetem, z którym chciałam być – z Camem – to wszystko byłoby wzmocnione i chciałam tego.
Chciałam poczuć to z Camem.
#
Brit i Jacob byli tak zaskoczeni jak ja, że zgodziłam się pojechać do domu z Camem na przerwę Dziękczynienia. Obawiałam się, że wygłoszą mi kazanie na temat tego jak bardzo było to szalone, ale nie zrobili tego. Obydwoje zachowywali się jakby to nie było nic wielkiego. Może szaleństwo było zaraźliwe? Poza tym byli bardziej zainteresowani innymi szczegółami randki.
- Więc dobrze całuje? – zapytał Jacob.
Rozejrzałam się po klasie, modląc się, żeby nikt nie zwracał na nas uwagi. Profesor jeszcze nie przyszedł, a większość wyglądała na wpół śpiącą.
Brit zachichotała. – Powiedz mu, to co powiedziałaś mi wczoraj.
Poczułam ciepło w policzkach, myśląc o tym co powiedziałam jej przez telefon, kiedy zadała mi te same pytanie.
- Pocałował cię, tak? – Ciemne oczy Jacoba się rozszerzyły, ale na szczęście mówił cicho.
Przyciskając zeszyt do piersi, zignorowałam to jak Brit podskakiwała na krześle. – Tak.
- Powiedz mu – szepnęła.
Jacob potaknął. – Powiedz mi.
Zamknęłam oczy. – Dobrze całuje… świetnie całuje.
- Nie to powiedziałaś.
Pojawiła się zmarszczka na ustach Jacoba. – Powiedz mi albo zacznę krzyczeć, że pocałowałaś…
- Dobra – syknęłam, czując ciepło w całym ciele. Pierwszy pocałunek był delikatny i miękki. Nawet drugi był kontrolowaną eksploracją, ale kiedy leżałam, a on pochylał się nade mną? Ból wrócił tylko o tym myśląc i cóż, to było niezręczne, bo byłam w klasie historii. – Całował mnie jakby chciał… mnie pożreć.
Brit zachichotała.
Usta Jacoba poruszały się przez kilka sekund a potem: - Założę się, że chciał. – Podniósł brwi, zniżając brodę. – Jakby naprawdę chciał zjeść…
- Rozumiem, o czym mówisz. Dzięki. Wracając do ważnych spraw – powiedziałam, kładąc zeszyt na biurku. – Nie sądzicie, że jechanie z nim do domu jest szalone?
Brit pokręciła głową. – Ludzie jeżdżą do domy z innymi ludźmi cały czas. Znasz Rachel Adkins, prawda? Jest w twojej klasie sztuki. Jedzie z Jaredem do domu zamiast lecieć do Kalifornii.
- Czy oni ze sobą nie chodzą? – zapytał Jacob.
Opadły mi ramiona.
- Już nie – rzekła Brit, wyciągając Twizzlera z paczki. Wycelowała we mnie czerwonym cukierkiem. – Zerwali, ale wciąż jeździ z nim do domu.
Wciąż nie sprawiło to, żebym czuła się z tym lepiej. Przez zajęcia przeskakiwałam pomiędzy słuchaniem lekcji o średniowieczu, a zastanawianiem się czy naprawdę przetrwam ten następny tydzień, podgryzając Twizzlera, którego zabrałam z torby Brit.
Prawda była taka, że jechanie do domu z Camem nawet nie było problemem. Tak, było to około dwadzieścia jeden smaków szaleństwa, ale ogromna część mnie nawet nie mogła się tego doczekać. Chciałam wiedzieć więcej o Camie – zobaczyć jego rodzinę i to jak się z nimi komunikował. Chciałam wiedzieć dlaczego przestał grać w piłkę nożną i co robił każdego piątkowego wieczora.
I chciałam… chciałam Cama.
W sposób, w jaki nigdy wcześniej nie chciałam faceta, nawet nie sądziłam, że naprawdę będę zdolna chcieć takiego. To co czułam, kiedy mnie całował było tym, co powinnam czuć. Był malutki kawałek paniki, wciąż był, ale ciekawość przezwyciężyła strach. Tak jak zaskakujące ciepło, które czułam ilekroć Cam był obok.
Nie było wątpliwości, że chciałam znowu pocałować Cama. Chciałam doświadczyć tego, co miałam, po tym jak wyszedł, razem z nim. Całowanie go nie było problemem. Jechanie do domu nie było problemem.
Po prostu nie wiedziałam do czego byłam jeszcze zdolna. Jak daleko to – cokolwiek to było – naprawdę pójdzie, zanim stary strach zacieni ciepło.
#
Przez następny tydzień namawiałam się i wymawiałam z jechania z Camem około milion razy. Aż do momentu, kiedy zapakowałam moją torbę weekendową, wciąż się wahałam. Dopiero siedząc obok niego w samochodzie środowego poranka zorientowałam się, że naprawdę to robiłam.
- Jesteś pewien, że twoim rodzicom nie będzie to przeszkadzać?
Cam skinął głową. Zadałam te pytanie tylko sto razy.
Zaczęłam skubać kciuka. – Zadzwoniłeś do nich i zapytałeś, prawda?
Posłał mi spojrzenie z ukosa. – Nie.
Szczęka uderzyła moje kolano. – Cam!
Odchylając głowę, roześmiał się głęboko. – Żartuję. Wyluzuj, Avery. Powiedziałem im dzień po tym jak powiedziałaś, że pojedziesz. Wiedzą, że przyjedziesz i są podekscytowani żeby cię poznać.
Piorunując go wzrokiem, wróciłam do obgryzania paznokcia. – To nie było zabawne.
Znowu się zaśmiał. – Tak, było.
- Dupek.
- Głupek.
Wyjrzałam przez okno pasażera. – Palant.
- O – zagwizdał Cam. – Walka na słowa. Trzymaj tak dalej i zawrócę auto.
Uśmiechnęłam się, kiedy dojechaliśmy do I70. – Brzmi jak dobry pomysł.
- Byłabyś zrozpaczona i we łzach. – Zamilkł. Wyciągnął rękę, odciągając moją dłoń od ust. – Przestań to robić.
- Sorry. – Zerknęłam na niego. – To zły nawyk.
- Prawda. – Splótł palce z moimi, a we mnie zamarło serce. Nasze złączone dłonie leżały na moim udzie i nie byłam pewna, co o tym myśleć. – Mojej siostry nie będzie w domu do jutrzejszego ranka. Ma pokaz w Pittsburgu dziś wieczorem.
- Co za pokaz? – Mój wzrok przesuwał się z naszych dłoni na okno i z powrotem.
- Myślę, że to baletowy recital.
Moja uwaga częściowo skupiona była na ciężarze jego dłoni na mojej. – Czy balet jest jej ulubiony?
- Sądzę, że to mieszanka pomiędzy tym i współczesnym.
Współczesny używał dużo baletu i miało to sens, że lubiła tego mieszankę. Cam w końcu puścił moją rękę, co było dobrą rzeczą, bo byłam pewna, że wnętrze dłoni zaczęło mi się pocić i to było po prostu obrzydliwe. Dwugodzinna jazda minęła zbyt szybko. Wydawało się, że minęły minuty, kiedy zjechał z międzystanowej autostrady i wjechał do małego, pagórkowatego miasteczka, które zdawało się być wbudowane w część góry.
I byliśmy po środku alpinistycznego kraju. Z każdego szyldu sklepowego zwisała flaga WVU, tak jak na gankach małych domów. Jechaliśmy przez miasto, a potem przez drogi wiejskie, które wyglądały, jakby dopiero zostały wybrukowane.
Nie mogłam sobie przypomnieć ostatniego razu, kiedy byłam tak zdenerwowana. Ścisnęło mnie w żołądku, kiedy zwolnił i skręcił w prawo na, co wydawało się, prywatną drogę zastawioną wysokimi dębami. Usta całkowicie mi zaschły, gdy wziął zakręt i ukazała się duża, okazała rezydencja.
Nie chodziło o to, że był to wielki dom. Był wielki – w stylu kolonialnym, białymi filarami z przodu i trzypiętrowy, ale bardzo przypominał mi dom rodziców. Zimny i idealny na zewnątrz i najprawdopodobniej taki sam wewnątrz.
Cam wjechał podjazdem za dom i zobaczyłam bliżej wypielęgnowany trawnik i piękny wiejski krajobraz. Przełknęłam ślinę, lecz moje gardło nie bardzo działało. Zatrzymał się przy wolno stojącym garażu, który był prawdopodobnie wielkości niewielkiego domu w stylu rancha. Za garażem widziałam przykryty basen.
Wyłączył silnik i odwrócił się do mnie z lekkim uśmiechem na twarzy. – Gotowa?
Chciałam krzyknąć nie i wysiąść, biegnąc prosto do pobliskiego lasu, ale wydawało się to trochę przesadą. Więc skinęłam głową i otworzyłam drzwi, wysiadając w powietrze, które było przynajmniej dziesięć stopni chłodniejsze, niż tam gdzie byliśmy. Sięgnęłam po swoją torbę, ale Cam wyciągnął ją razem ze swoją o wiele mniejszą.
- Mogę ją nieść.
Cam uśmiechnął się, zerkając na torbę, którą zarzucił na ramię. – Poniosę ją. Poza tym myślę, że wzór różowych i niebieskich kwiatów wygląda na mnie wspaniale.
Pomimo moich nerwów, roześmiałam się. – Jest na tobie bardzo twarzowy.
- Tak myślałem. – Czekał, aż dołączę do niego po drugiej stronie, a wtedy ruszyliśmy łupkowym chodnikiem prowadzącym do przykrytego patio na tyłach jego domu. Zatrzymał się przy szklanych drzwiach przy wiklinowym szezlongu. – Wyglądasz, jakbyś miała dostać ataku serca.
Skrzywiłam się. – Tak źle?
- Blisko. – Zbliżył się do mnie, a jego ręka poruszyła się szybko. Zakładając moje włosy za ucho, zniżył lekko głowę. Wyraz przeszedł przez jego twarz, pogłębiając barwę jego oczu, aż były najciemniejszym odcieniem błękitu. Żołądek zatrzepotał mi w odpowiedzi. – Nie masz żadnego powodu, żeby być zdenerwowaną, dobrze? Obiecuję.
Policzek mrowił mnie w miejscu, gdzie musnął palcami i kiedy byliśmy tak blisko pomyślałam o naszym pocałunku, który nie był pocałunkiem. Nie zrobił nic takiego od tamtego wieczora naszej pierwszej randki, ale teraz, myślałam, że tego chciał. – Dobrze – szepnęłam.
Patrzył na mnie chwilę dłużej, po czym potrząsnął głową. Opuszczając rękę, odwrócił się do drzwi i je otworzył. Wylała się fala ciepłego powietrza, która pachniała jabłkiem i przyprawami, urzekający i zapraszający zapach. Weszłam za nim do środka, wielkimi oczami przyglądając się pomieszczeniu na parterze.
To był pewnego rodzaju pokój gier. Wielki stół bilardowy po środku, zaopatrzony bar po prawej a z tyłu, blisko schodów, był wielki telewizor z kilkoma wygodnie wyglądającymi fotelami przed nim. Moi rodzice mieli coś takiego, ale stół bilardowy nigdy nie był używany, mama piła z baru tylko wtedy, kiedy myślała, że nikt nie zwraca uwagi, a telewizor w naszej piwnicy nigdy nie został włączony.
Ale wszystko wyglądało… żywo tu na dole.
Kule nie były ułożone pośrodku, lecz porozstawianie po stole, jakby ktoś przerwał w połowie gry. Butelka szkockiej stała na barze, obok szklanka, a fotele były przetarte, widocznie stare meble, które były przeniesione z góry. W przeciwieństwie do moich rodziców, którzy musieli mieć nowe rzeczy w każdym pokoju w domu.
- Oto jaskinia człowieka – powiedział Cam, kierując się do schodów. – Tata spędza tutaj na dole dużo czasu. Tu jest stół do pokera, przy którym skopał mi tyłek.
Spojrzałam na lewo i był tam przeciętny stół karciany. Mały uśmiech pojawił się na moich ustach. – Podoba mi się tutaj.
- Mi również – odparł. – Mama i tata pewnie są na górze…
Kiwając głową, ruszyłam się ze środka pokoju i poszłam za nim. Znaleźliśmy się w salonie, który jak piwnica, miał poczucie żywości. Wielka dzielona kanapa zajmowała większość pokoju, stojąc dokładnie naprzeciwko kolejnego ogromnego telewizora. Czasopisma rozrzucone były na stoliku do kawy, a rośliny doniczkowe zamiast dziwnych posągów i obrazów zapełniały niemal każdy kąt.
- Salon – skomentował Cam, przechodząc przez sklepione przejście. – A to jest drugi salon albo jakiś pokój, w którym nikt nie siedzi. Może to pokój dzienny? Kto wie? A to formalna jadalnia, której nigdy nie używamy, ale ma…
- Używamy jadalni! – Nadszedł kobiecy głos. – Może raz czy dwa w roku, kiedy mamy towarzystwo.
- I rozbijamy „dobre naczynia” – zauważył sucho Cam.
Moje nogi przestały się ruszać na dźwięk głosu matki Cama. Stałam przy końcu stołu z sercem w gardle, kiedy jego matka przeszła przez drzwi.
Mama Cama była tak wysoka i atrakcyjna jak on, kruczoczarne włosy miała zaczesane w luźnego kucyka. Jej oczy były brązowe i wolne od makijażu. Maleńkie kurze łapki pojawiły się w kącikach, gdy szeroki uśmiech ukazał się na jej twarzy, jak dostrzegła swojego syna. Nosiła parę dżinsów i obszerny sweter.
Przeszła szybko przez pokój, otaczając go w uścisku. – Nawet nie wiem gdzie są „dobre naczynia”, Cameronie.
Zaśmiał się. – Gdziekolwiek są, pewnie ukrywają się przed papierowymi talerzami.
Śmiejąc się miękko, odsunęła się. – Dobrze mieć cię w domu. Twój ojciec zaczyna działać mi na nerwy z całą swoją gadaniną o polowaniu. – Jej wzrok przeniósł się za jego ramię i uśmiechnęła się serdecznie. – A to musi być Avery?
- O Boże, nie – rzekł Cam. – To jest Candy, mamo.
Oczy jego matki powiększyły się i trochę koloru wpłynęło na jej policzki. – Uch, ja…
- Jestem Avery – powiedziałam, posyłając Camowi spojrzenie. – Dobrze pani zapamiętała.
Obróciła się, waląc Cama w ramię. Mocno. – Cameron! O mój Boże, myślałam… - Znowu go walnęła, a on się zaśmiał. – Jesteś okropny. – Kręcąc głową, odwróciła się z powrotem do mnie. – Musisz być cierpliwą młodą damą, żeby przetrwać podróż tutaj z tym idiotą.
Myśląc, że źle ją usłyszałam, zamrugałam, po czym parsknęłam śmiechem, kiedy Cam spojrzał wilkiem. – Nie było tak źle.
- Och. – Jego mama spojrzała przez ramię na Cama. – I jest dobrze wychowana. To nic. Wiem, że mój syn jest… niesforny. Przy okazji, możesz mówić do mnie Dani. Wszyscy tak robią.
Potem mnie przytuliła.
I był to prawdziwy uścisk – ciepły, serdeczny uścisk. Nie mogłam sobie nawet przypomnieć ostatniego razu, kiedy moja mama mnie przytuliła. Uczucie wpełzło mi do gardła i stłumiłam je, zanim mogłabym zrobić z siebie głupka.
- Dziękuję za pozwolenie mi na przyjazd – powiedziałam, ciesząc się że mój głos się nie załamał.
- To żaden problem. Uwielbiamy mieć towarzystwo. Chodź, poznasz faceta, który myśli, że jest moją lepszą połówką. – Jego mama objęła ramieniem moje barki i ścisnęła. – I dobry Boże, z góry przepraszam, jeśli zacznie z tobą rozmawiać o tym ile jeleni planuje upolować w ten weekend.
Kiedy prowadziła mnie w kierunku holu, spojrzałam tam, gdzie czekał Cam. Nasze spojrzenia się złączyły i coś zatrzepotało mi w piersi. Uśmiech rozszedł się na jego twarzy, ukazując dołeczek w lewym policzku.
Cam puścił oko.

A mój uśmiech się powiększył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz