wtorek, 11 marca 2014

Rozdział 12

Rzucając podręcznik od historii na brzeg łóżka, przewróciłam się na plecy i położyłam ręce na oczach. Było jedynie czwartkowe popołudnie, a ja już czułam się, jakbym miała wyjść ze skóry.
Chyba mogę coś posprzątać.
Nuda.
Komórka zadzwoniła ze stolika nocnego i przewróciłam się, biorąc ją. W połowie bojąc się spojrzeć na ekran, zrobiłam to z jednym zamkniętym okiem. Jakby to jakimś cudem mogło udobruchać sprawy, gdyby był to przyjazny dupek z okolicy.
Nie był to on.
Siadając, otworzyłam wiadomość od Cama. Jedno słowo i uśmiechałam się jak głupek. Tęsknisz?
Odpowiedziałam: Nie.
Odpowiedź była niemal natychmiastowa. Gdybyś była Pinokiem, twój nos ciągnąłby się przez cały stan.
Zakładając nogę na nogę, oparłam się o wezgłowie. Pinokiem? Brzmi jak poziom twojego czytania.
Ha. Zraniłaś mnie. Głęboko.
Myślałam, że nie masz uczuć?
Skłamałem. Mam do ciebie tyle uczuć. Nim odpowiedziałam, przyszła kolejna wiadomość. Kiedy kłamię coś innego na mnie rośnie.
Wybuchłam śmiechem. Dzięki za podzielenie się.
Nie ma za co. Po prostu pilnuję, żebyś była poinformowana.
Możesz zatrzymać to dla siebie. Zagryzając wargę, odpisałam: Dotarłeś do domu?
Minęło kilka minut, podczas gdy patrzyłam na mój telefon. Tak. Rodzinka obsypuje mnie uczuciem. Mogłabyś się od nich uczyć.
Myślę, że dostajesz wystarczająco uwagi.
Jestem potrzebujący.
Rany, jakbym tego nie wiedziała.
Minęło kolejnych kilka minut. Co porabiasz?
Kładąc się na plecy, skrzyżowałam kostki. Czytam.
Głupek.
Dupek.
Założę się, że za mną tęsknisz.
Mój uśmiech sięgnął żenująco epickich proporcji. Założę się, że masz teraz lepsze rzeczy do roboty.
Nie. Parę sekund później, kto to??? Zmarszczyłam brwi, siadając. A potem, Sorry, moja siostra właśnie ukradła mi telefon.
Rozluźniłam się. Brzmi jak całkiem fajna siostra.
Taka jest. Czasami. Jest bardziej potrzebująca ode mnie. Muszę lecieć.
Odpisałam: Pogadamy później.
Reszta popołudnia przeciągała się i o dziewiątej godzinie przez chwilę zastanawiałam się nad wzięciem trochę NyQuilu, żeby po prostu zasnąć. Z salonu usłyszałam jak moja komórka znowu zabrzęczała. Wrzucając szczoteczkę do zębów do umywalki, rzuciłam się do salonu, po czym zwolniłam, kiedy doszłam do mojego telefonu.
Umów się ze mną.
Śmiejąc się, zapomniałam że miałam pastę w buzi i skończyłam na wypluciu białej, spienionej mazi na brodę i koszulkę. – Jezu, jestem osłem.
Umyłam się, a potem odpowiedziałam Camowi. Pytanie mnie przez wiadomość nie jest inne od zapytania osobiście.
Pomyślałem, że spróbuję. Co teraz robisz? Ja biję tatę w pokerze.
Wyobrażając go sobie z jego rodziną, uśmiechnęłam się. Szykuję się do łóżka.
Chciałbym tam być.
Otworzyłam szerzej oczy. Co co?
Chwila, jesteś goła?
Nie!!! Odpisałam. Zboczeniec.
Cholera. Przynajmniej mam wyobraźnię.
To wszystko co kiedykolwiek będziesz miał.
Zobaczymy.
Nie, nie zobaczysz.
Zignoruję to. Ok. Muszę iść. Tata mi dokopuje.
Branoc, Cam.
Dobranoc, Avery.
Po tym trzymałam telefon przez nieprzyzwoitą ilość czasu, a potem zabrałam go do sypialni. Ostatnio miałam zwyczaj wyłączania dźwięku na noc, bo nigdy nie wiedziałam kiedy dostanę wiadomości od NIEZNANEGO NUMERU. Ale dziś go zostawiłam.
Na wszelki wypadek.
#
Niedzielny poranek nie był fajny bez Cama, jego obsesją na punkcie gotowanych na twardo jajek, tej cholernej małej patelni i tych wszystkich pysznych wypiekanych dobroci. Obudziłam się wcześnie, jakby jakiś wewnętrzny budzik czekał, aż zapuka on do drzwi. Oczywiście nie stało się to, a on nie napisał całą sobotę. Wyobrażałam sobie, że spędza czas ze swoją rodziną i przyjaciółmi, którzy wciąż tam mieszkali.
Starałam się nie tęsknić za Camem, bo był on tylko przyjacielem i podczas gdy chciałam, żeby byli tutaj Brit i Jacob, nie było tak, że za nimi tęskniłam, tęskniłam. To nie było to samo. Albo może było.
Wyciągając karton płatków, zrobiłam grymas. Naprawdę wolałabym jagodowe babeczki. Zjadłam swoje płatki, czując się całkowicie zrzędliwie. Właśnie skończyłam myć miskę, kiedy zadzwonił mój telefon.
Pośpieszyłam do salonu i natychmiast się zatrzymałam, kiedy zobaczyłam imię na ekranie.
Mama.
Oooo cholera.
Telefon dzwonił, podczas gdy ja zastanawiałam się nad podniesieniem go i wyrzuceniu przez okno. Musiałam jednak odebrać. Mama i tata nigdy nie dzwonili. Więc musiało to być ważne. Odbierając komórkę, skrzywiłam się. – Halo.
- Avery.
Ach, oto głos – kulturalny, szorstki, bardzo bezduszny i chłodny głos pani Morgansten. Powstrzymałam stek przekleństw, który spaliłby jej doskonałe uszy. – Cześć, mamo.
Nastąpiła olbrzymia chwila ciszy. Podniosłam brwi, zastanawiając się czy omyłkowo wybrała mój numer czy coś. W końcu odezwała się. – Jak jest w Zachodniej Wirginii?
Wymówiła ‘Zachodniej Wirginii’ jakby była jakąś chorobą weneryczną. Przewróciłam oczami. Czasami moi rodzice zapominali, skąd pochodzili. – Naprawdę dobrze. Wcześnie wstałaś.
- Jest niedziela. Theo uparł się na wczesny brunch z twoim ojcem w Klubie. W przeciwnym wypadku, wciąż spałabym o tej godzinie.
Theo? Opadłam na kanapę, otwierając szeroko usta. Na miłość wszystkich niemowlaków, Theo był ojcem Blaine’a. Moi rodzice byli takimi… pojebami.
- Avery, jesteś tam? – Niecierpliwość wypełniła jej głos.
- Tak. Jestem. – Złapałam poduszkę i położyłam ją na kolanach. – Będziecie mieli brunch z panem Fitzgeraldem?
- Tak.
I tylko tyle na to powiedziała. Tak. Jakby to nie było wielką sprawą. Fitzgeraldowie przekupili Morganstenów, a ja zostałam uznana za kłamiącą dziwkę, ale wszystko było dobrze, ponieważ oni wszyscy wciąż mogli mieć brunch w klubie.
- Jak w szkole? – zapytała, ale brzmiała na znudzoną. Pewnie była w Internecie, szukając kolejnego zabiegu kosmetycznego. – Avery?
Och, do cholery jasnej. – Szkoła jest idealna. Zachodnia Wirginia jest idealna. Wszystko jest idealne.
- Nie tym tonem, młoda damo. Po tym wszystkim przez co nas przeprowadziłaś…
- Wszystkim, przez co ja was przeprowadziłam? – Żyłam w innym wszechświecie.
- I wciąż nas przeprowadzasz – ciągnęła, jakbym nie powiedziała słowa. – Jesteś na drugim końcu kraju, chodzisz do jakieś małego uniwersytetu w Zachodniej Wirginii zamiast…
- Nie ma nic złego w tej szkole, mamo, czy z Zachodnią Wirginią. Ty urodziłaś się w Ohio. Nie takie inne…
- To jest coś, czego staram się nie pamiętać. – Jej rozdrażnienie było całkiem epickie. – Co doprowadza mnie do sensu tej rozmowy.
Dzięki Bogu, maleńkiemu Jezusowi i Duchu Świętemu.
- Musisz wrócić do domu.
- Co? – Przycisnęłam poduszkę do piersi.
Westchnęła. – Musisz przestać się wygłupiać i wrócić do domu, Avery. Dowiodłaś swego robiąc coś tak dziecinnego jak to.
- Dziecinnego? Mamo, nie cierpiałam tam być…
- I kogo masz za to winić, Avery? – Trochę opanowania zniknęło z jej głosu.
Otworzyłam usta. Nie pierwszy raz powiedziała coś takiego. Bynajmniej, ale było to jak cios w klatkę piersiową. Patrzyłam na okno, powoli kręcąc głową.
- My tylko chcemy dla ciebie najlepszego – zaczęła znowu, odzyskując chłodną rezerwę z czystą bzdurą. – Tylko tego chcieliśmy, a najlepszą dla ciebie rzeczą będzie wrócenie do domu.
Zaczęłam się śmiać, ale śmiech utkwił mi w gardle. Wrócenie do domu było w moim najlepszym interesie? Ta kobieta była szalona. Tylko rozmawianie z nią sprawiło, że sama dostałam szału.
- Pewne rzeczy się tutaj wydarzyły – dodała, a potem chrząknęła. – Powinnaś wrócić do domu.
Ile razy robiłam to, czego chcieli? Zbyt wiele razy, ale tym razem nie mogłam się wycofać. Wrócenie do domu odpowiadało wsadzeniu głowy do maszynki do mięsa, a potem pytaniu, dlaczego boli. Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam oczy. – Nie.
- Słucham? – Głos mojej matki stał się przeszywający.
- Powiedziałam nie. Nie wracam do domu.
- Avery Samantho Morgan…
- Muszę iść. Miło było z tobą rozmawiać, mamo. Do widzenia. – Po czym rozłączyłam się, zanim mogłaby powiedzieć coś jeszcze. Położyłam komórkę na stoliku do kawy i czekałam.
Minęła jedna minuta, dwie, a potem pięć minut. Wypuszczając westchnienie ulgi, położyłam się na kanapie. Potrząsnęłam głową, dosłownie wyczerpana rozmową. Moja matka oszalała. Zamknęłam oczy i potarłam skronie. Co za sposób na zaczęcie niedzielnego poranka.
Niespodziewane pukanie do drzwi zaskoczyło mnie.
Skacząc na nogi, szybko okrążyłam kanapę, zastanawiając się, kto to mógł być. Było zbyt wcześnie dla jakichkolwiek moich przyjaciół na powrót do domu. Do diabła, nie było nawet jeszcze dziewiątej, co prawdopodobnie również oznaczało, że było zbyt wcześnie dla seryjnego mordercy na wizytę.
Stanęłam na palcach i zerknęłam przez ziernik. – Niemożliwe. – Moje serce zrobiło serię salt do tyłu, kiedy otworzyłam drzwi. – Cam?
Obrócił się z wargami uniesionymi w krzywym uśmiechu. W jego ręce była torba ze sklepu spożywczego. – Więc obudziłem się około czwartej nad ranem i pomyślałem sobie, że naprawdę mógłbym zjeść trochę jajek. A jajka z tobą są o wiele lepsze niż jajka z moją siostrą lub tatą. Poza tym mama zrobiła chleb dyniowy. Wiem, jak lubisz chleb dyniowy.
Oniemiała, odsunęłam się na bok i patrzyłam, jak niesie swoją torbę do kuchni. Piekło mnie w tyle gardła, moja dolna warga robiła te dziwne drżenie. Węzeł gdzieś w głębi mojej klatki piersiowej się rozplątał. Mózg się wyłączył. Nawet nie zamknęłam drzwi ani nie czułam chłodnego powietrza spływającego na moje nagie kostki. Wystrzeliłam do przodu, przecinając odległość pomiędzy drzwiami a kuchnią. Cam odwrócił się właśnie wtedy, gdy rzuciłam się na niego.

Złapał mnie i zatoczył się do tyłu, oplatając mnie ramionami w talii. Schowałam twarz w jego torsie z zamkniętymi oczami i łomoczącym sercem. – Tęskniłam za tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz